borrka
31.10.17, 11:30
W młodości moja ulubiona lektura i zarazem zródło pewnej satysfakcji:
ja nie muszę nigdzie emigrowac, ani uciekac przez zieloną granicę, bo jestem u siebie i nikt mnie nie wyrzuci, no w koncu ... z jakiej paki?
Książka Remarqua dawała mi bonus socjalnej pewnosci epoki Gierka w rozkwicie.
Potem, gdy nagle okazało sie, jak to w zyciu, że nie ma nic pewnego i musiałem wyjechać, wspominałem w duchu żydowskich przedsiebiorcow, lewicowych intelektualistów, prawników ze skazą w stammbuchu, zaludniających ziemie niczyją między europejskimi krajami.
Bo świat zawalil im sie z dnia na dzień.
Emigracja z PRL w niczym nie przypominała ucieczki z nazistowskich Niemiec, ale jedno było podobne - wszystko poszło się j...ć przez noc.
Dobra materialne, prl-owskie kariery, mniej umiłowane narzeczone, to zostawalo za dobrze pilnowana granicą.
Zamknięta na dobre pare late dla ruchu powrotnego.
Po co ta cała epistołą?
A pomyślcie, co czuje imigrant, gdy wasaty janusz opowiada mu o "banderowcach", terorystach i pasożytach roznoszonych przez "obcych"?
Nie zyczę sobie, ani innym, ale po raz pierwszy od powrotu do Polski w 1992, przyszla mi do glowy mysl o wyjezdzie, poki granica czynna:)