puls
30.01.05, 18:37
Słabość karmi terroryzm
Wnioski płynące z badań komisji Kongresu USA ds. 11 września są ważne także dla
Europy - na terror należy odpowiadać siłą, bo brak takiej odpowiedzi terroryści
zawsze postrzegają jako słabość.
Wszyscy członkowie komisji bez względu na swe przekonania polityczne uważają,
że bezwzględną wojnę z al Kaidą należało zacząć co najmniej kilka lat
wcześniej. Doprowadzenie terrorystów przed sąd jest oczywiście najlepszym
rozwiązaniem, ale nie zawsze jest możliwe. A na szali leży życie wielu
niewinnych ludzi.
Po krwawych atakach na amerykańskie koszary i ambasadę w Bejrucie w połowie lat
80. ówczesny prezydent Reagan wycofał piechotę morską z Libanu. Hezbollah
słusznie uznał to za swe wielkie zwycięstwo. Osama ben Laden, wówczas skromny
sponsor antyradzieckiej partyzantki w Afganistanie, bacznie się przyglądał i
uczył - jeśli zabije się wystarczająco dużo niewiernych, ci podwiną ogon i
uciekną.
Gdy pod koniec lat 80. oficerowie libijskiego wywiadu wysadzili w powietrze
samolot PanAmu, ówczesny prezydent Bush senior nie zrobił nic. Osama zapamiętał
tę lekcję - jeśli nie przyznasz się do winy, jeśli zatrzesz ślady, zachodnie
demokracje bez stuprocentowych dowodów nie potrafią uderzać.
Przez całe lata 90. al Kaida atakowała Amerykę, za każdym razem z większą
bezczelnością. Gdy w 1993 r. szkoleni przez Arabów somalijscy bojówkarze zabili
w Mogadiszu 17 Amerykanów, Clinton kazał wojskowym spakować się i wyjechać. W
tym samym roku al Kaida po raz pierwszy zaatakowała World Trade Center. W
następnych latach wyleciały w powietrze amerykańskie koszary w Arabii
Saudyjskiej, ambasady w Afryce, okręt zacumowany w porcie w Jemenie, ginęli
dyplomaci, wojskowi, turyści, duchowni, lekarze.
Nie mając gotowych do przedstawienia w sądzie dowodów, Biały Dom ograniczał się
jedynie do protestów oraz ataków rakietowych na obozy. Szeregowi członkowie al
Kaidy byli powoli łapani lub zabijani, jednak ich szefowie mogli spać
spokojnie. Osama ben Laden i mułła Omar nie ugięli się też pod presją
dyplomatyczną.
Ted Shackley, nieżyjący już oficer CIA uważany za ojca strategii
antyterrorystycznej USA, opowiadał mi historię obrazującą pułapki pasywnej
obrony przed terrorystami: - Hezbollah zaczął od obrzucania naszej ambasady w
Bejrucie kamieniami. Zbudowaliśmy więc mur. Hezbollah zaczął strzelać z
pistoletów. Wstawiliśmy szyby kuloodporne. Wtedy oni przerzucali przez mur
granaty. Naciągnęliśmy siatkę. Hezbollah załadował więc furgonetkę materiałami
wybuchowymi i zrównał ambasadę z ziemią.
Shackley był zwolennikiem ochrony aktywnej: - Mury, zapory i dyplomatyczne
sankcje są niezbędne, ale nie wystarczą. Jedyną skuteczną obroną jest atak.
Musimy zabić Osamę, po to by jego zwolennicy wiedzieli, że potrafimy być tak
samo bezwzględni jak oni.