Gość: xxx
IP: *.suwalki.sdi.tpnet.pl
01.03.03, 18:25
Spróbujmy się zastanowić, jaki wpływ może mieć kolejny konflikt w Zatoce
Perskiej na i tak wolno rosnący globalny PKB. Pierwsza zmienna to cena ropy.
Nie da się przewidzieć, ile za rok będzie kosztowała baryłka ropy. Wiadomo
natomiast, że wzrost jej ceny o 10 dolarów oznacza zazwyczaj spadek
globalnego PKB o 1%. To bardzo dużo w sytuacji, gdy światowy produkt brutto
ma w 2003 r. powiększyć się mniej więcej o 3%. A gdyby wojna w Iraku rozlała
się na kraje z nim sąsiadujące, wzrost cen paliw byłby duży. Z drugiej
strony można założyć optymistycznie, że aż tak drastycznego skoku ceny nie
będzie, bo Rosja zadeklarowała gotowość uzupełnienia niedoborów na światowym
rynku swoją produkcją. Sytuację tę można porównać do tej z połowy lat 80. w
Wielkiej Brytanii, gdy Margaret Thatcher, przygotowując kraj do strajku
górników, zrobiła wielkie zapasy węgla. Strajk się odbył, i to
wielomiesięczny; oczywiście objął okres jesienno-zimowy, kiedy popyt na
energię jest największy. Ale efektu nie przyniósł, bo węgla było
wystarczająco dużo. Nawet ceny się nie zmieniły. Może więc nie należy aż tak
bardzo obawiać się podwyżki cen ropy? Oby. Bo wyższe ceny ropy to wyższe
koszty produkcji, a za nimi długotrwała stagnacja, może nawet globalny
kryzys, jak w latach 70. XX wieku.
Druga zmienna to wysokość wydatków publicznych, jakie poniosą kraje
uczestniczące w konflikcie (i ważne dla globalnego PKB) na zbrojenia, ruchy
wojsk, amunicję itp. Kwota trudna do oszacowania - prasa zachodnia ocenia
jej wysokość między 20 a 200 mld dolarów. Rozbieżności wynikają przede
wszystkim z różnych ocen czasu trwania kosztownej okupacji Iraku. Wydatki
wojenne to obciążenie dla budżetów, co nie jest dobrą wiadomością w
sytuacji, gdy wiele państw ma kłopoty z utrzymaniem wydatków w ryzach. Nawet
jeśli zgodzić się z tezą, że najlepszym sposobem na stagnację w UE byłoby
poluzowanie kryteriów euro, to popyt na dobra wojskowe nic by tu nie pomógł.
Trzecia zmienna: konsumpcja. Gdy czołówki gazet co chwila krzyczą o
potencjalnym konflikcie zbrojnym w regionie ważnym dla gospodarki całego
świata, i w dodatku angażującym Stany Zjednoczone, przygotowanie wiarygodnej
prognozy konsumpcji jest niemożliwe. Wiadomo tylko, że czasy niepewności
sprzyjają inwestycjom "klasycznym", zwłaszcza w złoto, a normalne zakupy
wyraźnie przygasają w oczekiwaniu na lepsze czasy. W sytuacji, gdy wiele
gospodarek cierpi z powodu spadku zaufania konsumentów, dalsza stagnacja
popytu byłaby bardzo złą wiadomością. Niestety, liczą się z nią kolejne
ekonomiczne think-tanki, nieustannie korygując w dół prognozy wzrostu w
przyszłym roku. Nieco optymizmu stara się tchnąć "The Economist", który
zapowiada, że bez względu na to, w jaki sposób Saddam Hussajn straci władzę -
stanie się to niedługo. A jak już będzie faktem, zacznie dochodzić do głosu
(na razie cicha) większość Arabów popierających demokrację i rynek.
Terroryzm wprawdzie nie zniknie, ale globalnego zagrożenia już nie będzie. A
prognozy na 2004 rok będą znacznie spokojniejsze niż obecne.