lotos.flower
30.09.07, 12:38
4-ty mąż...
Do księdza zgłosiła się kobieta, która chciała wyjść za mąż,
ale miała już
trzech mężów...
- No cóż, proszę pani, w tej sytuacji, w świetle prawa
kanonicznego, sama
pani rozumie, nie mogę udzielić pani ślubu...
- Ależ, proszę księdza - kobieta na to - mimo to cały czas
jestem...
hm... niewinna.
- Jak to?
- To długa historia. Opowiem księdzu. Mój pierwszy mąż... No
cóż, wyszłam
za niego na prośbę mego ojca. Antoni był uroczym człowiekiem,
bardzo dobrym
i poczciwym. Tylko, cóż, miał już 82 lata, już nie był w stanie
uszczęśliwić mnie inaczej jak tylko swą dobrocią. Dałam
biedakowi tylko
pięć miesięcy szczęścia...
- Hm, tak, rozumiem. Niezbadane są wyroki Boskie...
- Drugi mąż z kolei byl młodym, zabójczo przystojnym oficerem
policji.
Wykształcony, wysportowany, znał języki, świetnie sie
zapowiadał, awans
miał w kieszeni. Ale miał pecha. Jako prezent ślubny dostał od
kolegów
motor. Chciał sie przejechać. Mokre liście na drodze, drzewo,
złamana podstawa czaszki, rozległe obrażenia wewnętrzne. Mójkochany
Artur,przynajmniej nie cierpiał.
- Tak, rozumiem. Serdecznie pani współczuję. A trzeci mąż? Jak
długo trwało pożycie?
- Och, dziesięć lat.
- Dziesięć lat?! I mówi pani, że przez cały ten czas...?
- Ani razu. Wie ksiądz, on był z PIS. Co wtorek wieczorem
przychodził do
mego łózka, siadał na brzegu i przez długie godziny opowiadał,
jak będzie
fantastycznie, kiedy się weźmie do rzeczy...