odyn06
15.07.22, 21:45
Rozpocząłem wątek, załączając artykuł Marka Šwierczyńskiego z Polityki na wyrzutni HIMARS.
Amerykańskie pociski rakietowe ziemia-ziemia napędzają coraz większego strachu Rosjanom. Zachodnia broń pokazuje przewagę technologiczną, ale czy może dać Ukrainie zwycięstwo? Miałem okazję siedzieć w HIMARS-ie. Można być pod wrażeniem, jak kompaktowy, niepozorny jest to system.
Kiedy patrzy się na wyrzutnię HIMARS od przodu, widzi się głównie opancerzoną kabinę ciężarówki Oshkosh. Ale rdzeniem tego systemu jest widoczny za kabiną zasobnik z pociskami, będący jednocześnie kontenerem startowym rakiet. Jeden taki zasobnik, przewożony na kołowym podwoziu, mieści sześć pocisków kalibru 227 mm, które przenoszą stukilogramową głowicę bojową na odległość 85 km. Może jeszcze przenosić pojedynczy pocisk ATACMS o zasięgu nawet 300 km, którego jednak Amerykanie na razie nie udostępnili. W przyszłości na wyrzutnię trafią dwa pociski PrSM o zasięgu 500 km i więcej.
HIMARS. Przy zerowych stratach własnych
HIMARS od kilku tygodni jest obecny w Ukrainie i dziś staje się nowym bohaterem wojny, jeśli chodzi o sprzęt bojowy z Zachodu. Ma na koncie ok. 40 udanych ataków na rosyjskie składy amunicji, paliw, bazy materiałowe i stanowiska dowodzenia dokonanych w ciągu dwóch tygodni. Prawdopodobnie kilkunastu zgładzonych oficerów wyższej rangi, kilkuset zabitych żołnierzy. Wszystkie ataki nastąpiły spoza zasięgu rażenia rosyjskiej artylerii, lotnictwa i rakiet, więc przy zerowych stratach własnych.
Trudny do oszacowania, ale nie do przecenienia – jeśli chodzi o siłę oddziaływania – jest efekt psychologiczny, polegający na uświadomieniu agresorom, że wreszcie Ukraina ma do dyspozycji uzbrojenie przewyższające klasą, precyzją i siłą rażenia to, co rzucił do walki Putin. Wyrzutnie HIMARS stają się postrachem Rosjan i wzmacniają nadzieje Ukraińców na udaną kontrofensywę, a nawet ostateczne zwycięstwo. Mają już swój święty obrazek, podobnie jak wcześniej Javelin, pogromca rosyjskich czołgów, czy Piorun, postrach samolotów i śmigłowców.
Nazwa HIMARS, jak przy wielu innych systemach amerykańskiej broni, to akronim od High Mobility Artillery Rocket System, czyli artyleryjskiej wyrzutni rakietowej wysokiej mobilności. Zwróćmy bowiem uwagę, że zdolna do poruszania się w trudnym terenie ciężarówka FMTV i kanciasty zasobnik z rakietami są dość niewielkie i lekkie (16 ton). Zaprojektowane zostały tak, by móc wjechać na pokład taktycznego samolotu transportowego C-130 Hercules, a po przewiezieniu na miejsce zjechać i niemal natychmiast zacząć ostrzał. W przypadku skonstruowanego w latach 90. HIMARS-a chodziło o szybki przerzut i wysoką mobilność w erze operacji ekspedycyjnych, również załadunek i rozładunek z okrętów i poduszkowców desantowych Korpusu Piechoty Morskiej. Wyrzutnia ta najpierw trafiła do Marines, dopiero potem do żołnierzy US Army. Miała być zwinna, przyjazna dla użytkownika, a jednocześnie śmiercionośna.
Można powiedzieć: broń dla leniwych
Jej obsługa jest maksymalnie uproszczona, a załoga zredukowana do trzech osób, które i tak z trudem mieszczą się w dość ciasnej kabinie. Sam miałem okazję siedzieć w HIMARS-ie (a nawet wleźć do góry, na pakę), gdy pojawił się kiedyś na poligonie w Orzyszu. I byłem pod wrażeniem, jak kompaktowy, niepozorny to system. Wszystko, co potrzeba do strzelania, to załadowany zasobnik z rakietami i włączony ekran systemu kierowania ogniem. Żołnierze, akurat pochodzący z amerykańskiej gwardii narodowej, zapewniali mnie, że obsługa jest intuicyjna, a skuteczny ogień prowadzić można już po kilkugodzinnym przeszkoleniu. Wszystko jest zautomatyzowane. Nawet kontener na pociski wyposażony jest w miniaturową suwnicę, co sprawia, że ważący dwie tony nowy zasobnik jest w stanie załadować jeden żołnierz, samemu nic nie dźwigając. Można powiedzieć, że to broń dla leniwych.
Cięższa, gąsienicowa wersja polowej wyrzutni rakiet zabiera dwa takie pakiety po sześć pocisków i nie ma swojej wyróżniającej nazwy. To po prostu MLRS, czyli Multiple Launch Rocket System (wieloprowadnicowa wyrzutnia rakietowa) albo M270 w amerykańskiej terminologii. Nieco ociężały MLRS to wracający do łask relikt zimnej wojny, wyrzutnia na czołgowym podwoziu (w zasadzie od bojowego wozu piechoty Bradley), opancerzona i zdolna do operowania nawet na nuklearnym polu walki. 25-tonowy MLRS do Herculesa nie wjedzie, ale w razie potrzeby udźwignie go większy transportowiec C-5 Galaxy. Tak ciężkiej artylerii samolotami się jednak nie wozi. Ważne, że jedne i drugie wykorzystują ten sam zasobnik mieszczący taką samą amunicję, choć w różnych wersjach.
Najprostsze pociski wyprodukowane jeszcze w czasach zimnej wojny powoli wychodzą z użycia, nowsze są superprecyzyjnym „karabinem snajperskim ze stukilogramową głowicą”, a największe zapewniają zdolność uderzeń na dystansach operacyjnych, na głębokie tyły przeciwnika.
Wyrzutnie rakietowe nie są oczywiście niczym nowym na polu walki. Na masową skalę weszły do użycia w czasie II wojny światowej po wschodniej stronie frontu. Wtedy były bronią rażenia powierzchniowego – celem uderzeń był raczej określony obszar na mapie, a nie konkretny punkt. Rakiet musiało po prostu spaść wystarczająco dużo, by zasypać przeciwnika ogniem. Podstawowy rodzaj tego uzbrojenia niewiele zmienił się od czasu katiuszy – to pakiety niekierowanych pocisków rakietowych, wystrzeliwanych najczęściej z kołowych wyrzutni, przenoszących po kilkadziesiąt rakiet. Pociski takie lecą do celu po balistycznej, parabolicznej trajektorii, wyliczanej podobnie jak dla dział, ale z reguły wolniej i niżej od pocisków artyleryjskich. Lot takich rakiet można korygować i stabilizować za pomocą powierzchni sterowych, hamulców aerodynamicznych, a nawet mikrosilników rakietowych w kadłubie.