windows3.1
03.05.09, 19:39
Kiedy kilkanaście lat temu Glantz pisał swój tekst o zapomnianych bitwach wojny niemiecko-radzieckiej, to wyliczając wśród nich bitwę o Targul-Frumos z początków maja 1944 napisał: „historycy muszą więc odpowiedzieć na pytanie, czy radziecka ofensywa była szeroko zakrojoną próbą wdarcia się do Rumunii, czy też tylko lokalną atakiem mającym na celu poprawę sytuacji operacyjnej i przygotowanie przyszłej wielkiej ofensywy”. W roku 2006 spróbował odpowiedzieć na to pytanie w książce „Czerwona burza nad Bałkanami”. I wyszło mu, że zdecydowanie to pierwsze.
Faktycznie, każdy kto śledził na mapie postępy wojny niemiecko-radzieckiej musiał zastanowić się, co działo się na granicach Rumunii od marca do sierpnia 1944. Radzieckie czołówki sforsowały Dniestr i wdarły się do północno-wschodniej Rumunii w połowie marca, ale Sowieci pełnym frontem przekroczyli rzekę i wyprowadzili uderzenie ku Bukaresztowi dopiero w drugiej połowie sierpnia. Można zadać sobie pytanie, co robili przez 5 miesięcy?
Glantz odpowiada następująco: już na początku kwietnia pełnymi, acz wyczerpanymi siłami 3. i 2. Frontu Ukraińskiego usiłowali z dwu stron, północy i wschodu, złamać niemiecki front i wyjść w przestrzeń operacyjną między Dniestrem a Karpatami. Nie udało im się i ponowili ofensywę siłami wzmocnionego 2. Frontu w początku maja, również z marnym skutkiem. Planowali trzecią wielką ofensywę, ale nie doszła ona do skutku z powodu dwu niemieckich przeciwuderzeń, które m.in. doprowadziły do faktycznej likwidacji radzieckich przyczółków na prawym brzegu Dniestru. Ofensywa została odwołana, najpierw tymczasowo a potem bezterminowo, a to z powodu przerzucenia w początkach czerwca kluczowych związków pancernych na Białoruś, do operacji Bagration. Reszta czerwca, lipiec i początek sierpnia upłynęły we względnym spokoju, do czasu operacji Jassy-kiszyniewskiej, która ostatecznie doprowadziła do załamania niemieckiej obrony na linii Dniestru, a w konsekwencji do zajęcia Rumunii. W kwietniu i w maju, powiada Glantz, mieliśmy więc do czynienia z regularną, wielką ofensywą dwu radzieckich frontów. Ofensywa ta, na skutek swojego niepowodzenia, została dokładnie przemilczana i skazana na niepamięć przez radziecką i rosyjską historiografię. Zabieg ten powiódł się tak dobrze, że do dziś w światowej historiografii dominuje wizja radzieckiego walca, toczącego się nieprzerwanie i zwycięsko na zachód mniej więcej od czasu bitwy pod Kurskiem.
A czego ja się dowiedziałem ze wspomnianej książki? Po pierwsze, szczegółów zmagań na froncie rumuńskim od marca do czerwca. Po drugie, że jeszcze późną wiosną 1944 Niemcy byli dla Sowietów może nie równorzędnym, ale pełnowartościowym przeciwnikiem. Po trzecie, że w kategoriach efektywności bojowej, jedna niemiecka dywizja była równoważna co najmniej jednemu radzieckiemu korpusowi, a niektóre były w stanie stawić czoła całej armii. Po czwarte, że nad Dniestrem zdarzył się chyba jedyny w czasie WW2 przypadek, gdy Niemcom udało się zlikwidować ofensywne przyczółki radzieckie, uchwycone w wyniku przekroczenia wielkiej rzeki. Po piąte, że jeszcze w czerwcu 1944 Niemcy byli w stanie skoncentrować wojska na głównej linii ataku tak, by osiągnąć przewagę liczebną nad Sowietami. Po szóste, że seria niemieckich kontrataków, zakończona operacjami „Sonja” i „Katja”, była – jak chce Glantz – jedyną poważna kontrofensywą niemiecką na froncie wschodnim przeprowadzoną w roku 1944.
Co mi się w książce nie podobało? Jak dla mnie, była zbyt profesjonalna. „Red Storm over the Balkans” to typowy przykład historii militarnej, bez publicystyki, wtrętów beletrystycznych, ideologii, tła socjologicznego, politycznego itd. Militarnej aż do bólu: 90% tekstu to szczegółowe wyliczenia ruchów poszczególnych jednostek dzień po dniu. Złapałem się na tym, że znużony przeskakiwałem spore passusy, byle tylko dobrnąć do podsumowujących i wnioskujących akapitów. Po drugie, wydaje mi się zbyt skoncentrowana na stronie radzieckiej. O dowódcach RKKA dowiadujemy się szczegółów ich kariery, dowódcach WH nie dowiadujemy się niemal nic, prawie wszystkie ilustracje przedstawiają Sowietów, analiza planów i wniosków obu stron jest wyraźnie niezrównoważona. Ale co do tezy głównej nie mam zastrzeżeń. Książka Glantza przekonała mnie, że Stawka wcale nie koncentrowała się na kierunku berlińskim, rzekomo podciągając skrzydła (w tym wypadku bałkańskie) dopiero potem. Brak mi tylko jednego. Otóż chyba wszystkie wielkie radzieckie ofensywy oznaczone były swoimi kryptonimami, czy to „Uran” czy „Bagration”. Jeśli rzeczywiście wiosną 1944 Stawka prowadziła siłami dwu frontów skoncentrowaną operację ofensywną na granicy rumuńskiej, to oczekiwałbym że miałaby ona jakąś nazwę. Tej jednak Glantz nie podaje.
**
PS. Książkę przeczytałem i oddam chyba do antykwariatu w warszawskiej Pelcie. Polecam.