odyn06
29.06.09, 08:35
Zniesienie poboru miało być panaceum na uzdrowienie armii. A jak jest?
Pisze o tym Ziemkiewicz. Nie lubię tej mordy, ale tym razem ma rację.
"W niemal jednobrzmiących słowach media informowały: ostatni rocznik
poborowych poszedł do cywila, będziemy mieć armię zawodową. Bardzo trafne jest
to użycie czasów: poborowi do rezerwy poszli już, a armia zawodowa będzie.
Kiedyś tam. Jak się skończy kryzys, jak będą pieniądze, jak Bóg da i partia
pozwoli. Co w takim razie mamy teraz?
Proste: armię z poboru bez poborowych. Armię, która chwilowo służy głównie do
robienia na niej oszczędności, chwilowo nieprzyjmującą ochotników i chwilowo
nieprowadzącą szkolenia podoficerów, zresztą w ogóle prawie nieprowadzącą
ćwiczeń, bo ćwiczenia kosztują. Z generalicją zaczytującą się tygodnikiem
“Nie” i zarządcami cywilnymi powtarzającymi sobie słowa poety: chwilo, trwaj!
Przepraszam, mamy jeszcze coś w rodzaju dawnego “wojska kwarcianego”, czyli
skromniutką liczebnie, kadrową armię fachowców, zatrudnioną na Dzikich Polach,
które na fali globalizacji odsunęły się aż do Afganistanu i Iraku. Jak o nich
powiedział jeden z byłych ministrów obrony: “posłaliśmy naszym sojusznikom
wszystko, na co nas stać”. Wszystko, na co nas stać, to jakieś 1,5 tysiąca
ludzi bez własnego transportu. Jak za króla Sasa.
Właściwie nie ma sensu o tym pisać: wystarczy zacytować opowieść pewnego
odpowiedzialnego niegdyś za wojsko urzędnika. Otóż wyjaśniono mu przy jakiejś
wątpliwości kadrowej, że przy takich decyzjach w pionie bezpieczeństwa państwa
obowiązuje zalecenie psychologów, by preferować kandydatów, którzy w listach
motywacyjnych wspominają o karierze, chęci awansu etc. Natomiast tych, którzy
odwołują się do motywacji patriotycznych, odrzucać jako niezrównoważonych
psychicznie. Dla wierchuszki jest oczywiste, że aby kochać ten kraj i chcieć
za niego przelewać krew, trzeba być stukniętym.
Też się czasem zastanawiam…"