Sytuacja wygląda u nas następująco; mała właśnie zaczęła 4 tydzień i od czasu powrotu ze szpitala cały dzień i noc chce być przy piersi. Rozumiem, że córa malutka, że chce być blisko mamy i dlatego ją dostawiam. Problem polega na tym, że ona cały czas ssie, nie wypuszcza cyca nawet jak się naje, nie zdarzyło się, żeby sama wypuściła brodawkę. Po prostu zasypia sobie słodko z cycem w buzi, od czasu do czasu posysa sobie, mleczko jej leci i jest git. Po wyjęciu cyca wybudza się i od nowa szuka. Jej aktywność w ciągu dnia wygląda w ten sposób, że ciągle szuka cycka, a jak go nie dostaje to drze się wniebogłosy. Nie pomaga bujanie, noszenie, nie można jej uspokoić, smoczka wypluwa. Na spacerach płacze, przy zmianie pieluchy, podczas kąpieli płacze. Słowem jak tylko nie śpi i nie je, to płacze. Wybudza się już z płaczem. Uspakaja się tylko przy cycu. W tyłku ma radar – odkładana do łóżeczka budzi się po 5 min, na moim lub męża brzuchu śpi dłużej i dosyć dobrze. W nocy karmimy się na leżąco, mała śpi z nami, przy czym najdłużej śpi po 1 godzinie, a najczęściej wygląda to tak, że 20 min ssie, zasypia, ja zabieram cyca, a ona po 20 min się wybudza i znów chce ssać i tak do rana

. I teraz nie wiem – trzymać ją ciągle przy tym cycu? Nie zaszkodzi jej takie ciągłe ssanie i jedzenie w nadmiarze? Już teraz ciągle jej się ulewa, bo pije tego mleka potwornie duże ilości. Przyrosty ma po 210-230 g tygodniowo, kupek mnóstwo. Ktoś miał takiego żarłoka? I kiedy się to ustablizowało?