helloinka
18.04.11, 14:08
minusem mieszkania daleko od znajomych i rodziny jest to, ze nie mozna kogos zaprosic po prostu na kawe, tylko przyjazd wiaze sie z dluzszym pobytem. u mnie jest tak, ze mieszkam dodatkowo zagranica i czasem ktos z rodziny chce sobie po prostu urzadzic darmowy urlop u nas. zawsze jakos sie na to godzilam na zasadzie zaciskam zeby, bo tak musi byc i juz. ale od pewnego czasu powiedzmy, ze zaczelam sie szanowac i powiedzialam sobie, ze koniec z fundowaniem komus darmowyych wakacji. no i teraz dylemat jak byscie powiedzialy rodzinie czy znajomym (stosunki raczej dyplomatyczne niz przyjacielskie, ogolnie sa kwasy, ale wiadomo nikt nikomu wprost nic nie powie) ze niestyty, ale nie macie ochoty na wasz koszt kogos zywic przez tydzien i zapewniac noclegu. bo z tym zawsze tez jest klopot. corka musi odstepowac swoj pokoj i spac z nami, co wygodne nie jest. do tego ta gimnastyka z szykowaniam poscieli, sprzataniem. szykowaniem jedzenia dla kilku dodatkowych osob. meczy mnie to i nie mam na to ochoty. za rok corka idzie do komunii i z jednej strony wypadaloby kogos zaprosic, a zdrugiej nie mam warunkow, zyby goscic u siebie pare osob i nie czuje sie tez zobowiazana placic gosciom za hotel. jak byscie wybrnely z takiej sytuacji? co byscie powiedzialy? aha rewanzu, ze jak my jedziemy do polski to mozemy sie zatrzymac u kogos nie ma, no bo to przeciez oczywiste, ze nikt nie ma warunkow mieszkaniowych. zreszta ja bym nie chciala u kogos mieszkac i jesc na jego koszt. w druga strone jak widac takich dylematow brak. jakby to bylo oczywiste, ze mam komus fundowac wikt i opierunek. a mnie sie zwyczajnie nie chce.