ichi51e2
11.07.13, 12:23
Jestem z rodziny patologicznie wszystkozernej. Pamietam jak babcia ze strony mamy kiedys zdjela plesn z jakiegos dania w garnku zagotowala i zaserwowala twierdzac ze gotowanie wszystko neutralizuje. mozecie sobie wyobrazic ze mam obraz swiezosci zywnosci nieco zabuzony (jak sie okazalo po poznaniu TZ ktory wyrzuca zupelnie nieotwarte produkty tylko dlatego ze zostaly dwa dni do best before). Stad moje pytanie.
Wyobrazcie sobie ze macie w lodowce wlasnorecznie zrobiona zupe kalafiorowa na mostku cielecym zaprawiona smietana - bog raczy wiedziec ile lezala - po sprobowaniu w smaku ok. Taka sobie powiedzmy nie drugiej swiezosci.
Dalybyscie taka zupe roczniakowi? - szkoda mi wyrzucac a akurat na dwie osoby bedzie a to ostatni dzwonek... Podobno sloik trzeba zuzyc w ciagu 24h bo potem bakterie opracowuja plan wysylki 3 satelity w kosmos ale jak jest z domowa zupa?
Pomocy - nie chce skonczyc jak babcia a lata jedzenia "podgnilego" zrobily ze mnie cyborga o strusim zoladku ktoremu nic nie szkodzi wiec praktyka odpada. No i to biedne male dziecko... Potencjalnie karmione zgnilym... Kiedy uznajecie i czym sie kierujecie przy wyrzucaniu jedzenia?