Czyli z czego Marusia się teraz będzie cieszyć przez dwa tygodnie.
Znalazłam w otchłaniach domowego regału "Grażynę" Adama Mickiewicza. Wydanie z 1972, "lektura dla klasy VII", jak głosi strona tytułowa. Postanowiłam nadrobić zaległości w klasyce i przeczytałam. Było całkiem przyjemne, ale nie o to chodzi.
Tuż przy końcu, spomiędzy stronic wypadła mała, wyrwana z rogu zeszytu karteczka:
"(moja mama), obie, po tej lekcji, pójdziemy do biblioteki na prace społeczne".
Zainteresowana nie umiała zidentyfikować pisma, a przez to autora, ale to trudno.
Zobaczcie, taka malutka karteczka. A już jest tak pięknym źródłem historycznym! Potwierdzeniem, że w minionej epoce trzeba było odrabiać godziny prac społecznych, nie będąc na nie skazanym! Ja o tym wiedziałam, ale wiedzieć to jedno, a trzymać w ręku namacalne świadectwo - to drugie!
...tak, takie rzeczy naprawdę mnie cieszą. Ostatni raz mnie tak ucieszyło, jak znalazłam - również mamine - usprawiedliwienia z liceum. Zresztą, do moich niepokojąco podobne - również na małych, luźnych karteczkach pisane. Tudzież zdjęcie klasowe - mała mama w harcerskim mundurku i reszta klasy. Zanim je zobaczyłam, słyszałam, że oprócz mamy w klasie była tylko jedna dziewczynka i bolałam nad jej strasznym losem (wiecie, sama byłam w wieku podstawówkowym, więc wszyscy chłopcy byli dla mnie inkarnacją szatana). Okazało się, że tych chłopców było czterech
Jak to się mówi, historii najlepiej szukać po starych śmietnikach, ale tym razem książka okazała się pomocna. Wy przechowujecie jakieś właśnie - stare lektury szkolne, zeszyty własne, dzieci, ostatnie strony zeszytów, stare listy, etc.? Czy chociaż te klasowe zdjęcia?
(jeśli nie, to w imieniu własnym i innych - przyszłych i obecnych - studentów wydziału-po-którym-nie-będzie-roboty błagam: chociaż trochę zachowajcie!)
PS. Tak, Gazeciarz, nie mam nic lepszego do roboty i do cieszenia

.