Dla mnie do tych pór to była ryba, ja każda inna. W sklepach można ją kupić, w domu smacznie przyrządzić, często gościła w moim domu. Aż przyjechała mać moja kochana i powiedziała: panga jest be! Od dziś pangi w tym domu płetwa nie stanie! Jednak, gdy poprosiłam o wyjaśnienie, to jak ta ryba kilka razy złapała powietrze, a potem nabrała wody do ust i.. odpowiedzi nie uzyskałam. Jako, że mać przejęła rządzenie w kuchni, to się do niej wtrącałam, dawała mi listę zakupów, pędziłam do sklepów, przywoziłam wszystko, jak chciała, a i tak częściej niezadowolona była niż była z moich zakupów. Raz nawet po cichu chciałam tę pangę mrożoną przemycić do domu, ale omal nią (pangą ofkors) po łbie nie dostałam i panga wylądowała na dnie zamrażarki, że może za jakiś czas kotom się przyda (bo mać chytra jest - nie mylić z oszczędnością

)..
No, ale to tylko jedna osoba, pomyślałam sobie, że pewnie jakieś w jej wieku ma dziwactwa, z którymi już walczyć nie da, trza odpuścić. Tyle, że od jakiegoś czasu co i rusz spotykam się z opiniami (nie tylko Polek na emigracji), że panga jest be, że to sama chemia, że jeść tego nie wolno, bo się będzie w nocy świecić (w sumie nie byłoby to chyba takie złe - taka naturalna latarnia?) itp., itd.
Możecie mi wyjaśnić, proszę, o co chodzi z tą pangą?