Moja najstarsza córka, lat prawie 20, studentka pierwszego roku. Mamy w sumie pięcioro dzieci, plus dom na kredyt, więc oboje z chłopem harujemy dzień, noc i w weekendy, żeby jakoś to uciągnąć. Córka ogólnie przemęczać się nie lubi, a ma rozległe potrzeby finansowe jak każda z nas w tym wieku, no OK

Od dawna jej mówię, żeby znalazła sobie pracę na weekendy, bo spędza je głównie przed telewizorem, na Fejsie albo ze znajomymi. Nie, mamo bo teraz mam (klasówkę, maturę, kolokwium, sesję) i muszę się uczyć - po czym znów następują długie godziny spędzone na bumelowaniu. Znajdź pracę na jeden dzień w tygodniu, mówię, pomoc w sklepie, sprzątanie, jakiś McDonalds, zarobisz sobie 50 zł, na miesiąc wyjdzie ci kilka stów, akurat na twoje potrzeby. Nie ma takiej pracy, mamo - słyszę. Mówię, co ma zrobić, jak szukać – słyszę: nie, bo mam teraz (klasówkę, kolokwium, sesję). Tymczasem ogląda TV, kiedy my oboje zasuwamy na kompach cały weekend.
No i teraz prosi o pieniądze na fryzjera. Ładnie prosi, nie powiem, jak odmawiam, to w płacz. Tłumaczę, że finanse w rodzinie wielodzietnej są napięte i naprawdę wypadałoby, żeby zarobiła na swoje ekstra potrzeby, a jeśli jej się nie chce, to w takim razie niech ją koleżanka ostrzyże. A sama dla siebie to masz na fryzjera – słyszę. No właśnie, jak sobie zarobisz, to też cię będzie stać - odpowiadam. Zamiast fryzjera można też wstawić: nowe spodnie, nowe buty, bo stare mają już 3 lata, itp.
Wesprzyjcie pls, bo już naprawdę prawie mnie przekonała, że jestem niedobrą matką.