Poradzicie cos?
Mieszkamy przy ulicy domkow szeregowych. Kazde mieszkanie ma garaz. Pojedynczy. Dodatkowo na ulicy sa miejsca parkingowe.
Moje auto parkuje w garazu. Maz swoje stawia na ulicy. Kazdy z sasiadow ma przewaznie po dwa auta i kazdy robi tak samo. Jedno do garazu, drugie na ulicy.
Z wyjatkiem jednych... Jako jedyni na ulicy nie maja automatycznie otwieranej bramy garazowej. Ok nie kazdego stac. Nie przelewa im sie. Wszyscy skladali sie ostatnio na odmalowanie elewacji. Tylko oni sie wylamali i dzieki temu caly szereg jest sniezno bialy z wyjatkiem ich kawalka. Luz... Rozumiem problemy finansowe.
I rozumiem, ze przez ten brak automatu i koniecznosc recznego otwierania wiaty pani nie chce sie wjezdzac do garazu. Ale wraca pan maz i on tez nie wjezdza. Luz... Dwa auta na parkingu, garaz pusty...
Ale... W tym tygodniu przyjechalismy wieczorkiem autem meza i co? Na parkingu staly zaparkowane jeden obok drugiego ich 4 auta! Garaz rzecz jasna pusty.
Nie wnikam po co maja cztery auta w tym jedna furgonetke.
Ale cisnienie nam sie podnioslo.
Wczoraj ten pan grzebal na parkingu w silniku jednego z aut. Podeszlam, powiedzialam dzien dobry i powiedzialam, ze ja rozumiem ten problem z motorkiem od wiaty, ale ze te cztery auta, to czy nie uwaza ze ludzka zwyczajna zyczliwosc podpowiada, zeby choc jedno z aut zaparkowac w garazu. A on do mnie, ze ta rozmowa jest bez sensu, bo on ma prawo stawiac tam, gdzie chce.
Powiedzialam, ze ma prawo, ale że jednak milo by bylo, gdyby pomyslal o innych i ze ja nawet jesli na chwile przyjezdzam to wjezdzam do garazu, zeby ulatwic innym. Koles trzasnal maska odwrocil sie i poszedl do domu.