Tyle się gada o pijakach za kierownicą a tu zonk. Myślałam że na rodzinę można liczyć - też zonk. Chciałam wyjechać samochodem z podwórka ale drogę zatarasował mi inny samochód. Kierowca mi nieznany - jakiś znajomy brata. Poprosiłam o wypuszczenie mnie. Gość wyjechał ale stanął na ulicy tak, że nadal mnie blokował. Zatrąbiłam a ten wyskoczył z auta z ryjem. Twarz przepita, zachowanie dziwne - jak nic nawalony. Wyjęłam mu kluczyki z auta na co wyskoczył mój brat - tez o belgami. Chwile się kłóciliśmy, droga się zablokowała (przez auto tego barana), wszyscy na mnie krzyczeli więc rzuciłam mu te klucze do auta i poszłam pieszo. Po powrocie mąż mnie uspokoił ale tylko po to by potem mi dowalić że nie mogę tak oczerniać ludzi publicznie bo przecież nie badałam go alkomatem i nie mam pewności że prowadził pod wpływem. Nie pytam kto ma rację, zastanawiam się czy się jeszcze kiedyś do męża odezwać