Chcę kupić buty na jesień. Takie codzienne. Półbuty. I NIE MA. W sklepach ładne albo baleriny, albo sztyblety. Pierwszych jest wybór (choć są tragicznie drogie, ja wiem, że skóra, wykonanie kosztują, ale do diabła, prawie 300 zł?), drugie ładnie wyglądają na półce, ale do czego to nosić? Mierzyłam w sklepie, nogawka spodni włożona do środka się zwija i wyłazi (mowa o rurkach), szersze spodnie w ogóle, ni to do środka, ni to na wierzch, do spódnicy wyglądają jak kopytka, bo są słabo dopasowane do stopy. I nogę skracają. Półbuty jeśli są to sportowe lub babciowate.
Ja nie wiem czy mam jakiś wypaczony gust, ale większość przejściowych butów, z wyjątkiem balerin, mi się zwyczajnie nie podoba

I nieważne drogie czy tanie. Złaziłam dziś kilka sklepów i wszystko to samo. Spodobały mi się jedne, ale raczej na późną jesień, trzewiki ocieplane. I tyle. Inne jakoś zupełnie do mnie nie przemawiają. I wściekła jestem, bo w półbutach robi mi się dziura, baleriny rozczłapałam, a botki mi się zarysowały i nie mam porządnych jesiennych butów. I zanosi się na to, że nie będę miała. W dodatku moje niezdecydowanie popada już w chorobę - widzę półbuty to myślę, że jednak wolę wyższe, widzę wyższe - tak, myślę raczej o półbutach. Wrrr... Ulżyło