bulhakova
07.12.16, 11:45
Potrzebuję tlenu. I nauki oddychania chyba też.
Potrzebuję Waszych historii. Szukam twardych dowodów na to, że da się żyć po tym, jak usłyszało się: odchodzę.
Usłyszałam: odchodzę. Krótkie, bezdyskusyjne. Nagłe, bo nie było kłótni, zdrady, innego ani innej.
Po ponad 20 latach bycia razem, dwójce dzieci już dorosłych w dorobku i ciężkiego toru z przeszkodami, przez który przebrnęliśmy – wydawałoby się – zwycięsko. Partnerzy i przyjaciele, którzy przeszli razem wiele, miel podobne pasje, priorytety i nawet śmieszyły ich te same rzeczy. Nie idealne, nie różowe, ale dobre życie.
Z jego strony nie ma ochoty do rozmowy, do negocjacji, że to tak brutalnie nazwę. Więc szansa, że się jeszcze poukłada, jest nikła. Blada, jak ja, którą widzę w lustrze po nieprzespanej nocy w pustym domu.
Dlatego napiszcie mi, że da się, że można z tego wyjść. Nie z kryzysu, z końca związku, ale z tego poczucia, że jest tylko wielkie nic.
Jak się poskładałyście do kupy?
Jak powiedziałyście rodzinie, znajomym? Dzieciom…
Czy można się posklejać? Jak to długo trwa?
Czy można z tego wyjść inaczej, niż robiąc listę jego złych cech, żeby sobie zracjonalizować, że jednak dobrze się stało, mimo wszystko?
W moim przypadku finansowe i ekonomiczne aspekty nie stanowią problemu. Jestem niezależna, mam mieszkanie, mam oszczędności, pracę.
Nie wiem, kiedy się spotkamy, ale wiem, że nie będę krzyczeć, rozpaczać, rwać szat czy szantażować, bo nie chcę i nie umiem taka być. Może powinnam?
Teraz nie mam siły o tym myśleć.
Skupiam się na wdech-wydech, utrzymaniu prostej postawy, stawianiu nogi za nogą i powstrzymaniu się od zaspokojenia jedynej w tej chwili potrzeby: niebycia. Nakrycia się kocem, zasłonięcia rolet, nie mówienia niczego do nikogo. Zapadnięcia się.
Jak się wydostałyście z tej zapadliny na powierzchnię?
Proszę, muszę to usłyszeć.
B