danaide
12.04.17, 08:35
czy się z nimi bierzecie za bary?
A od problemów dziecka?
Odprowadzałam dziś dziecko do szkoły. Byłam jeszcze w klasie (musiałam coś odnieść), mojej córce nagle się przydarzył mały wypadek, coś przewróciła.
A ja uciekłam.
Chyba bałam się swojej reakcji. Poirytowania, zdenerwowania.
Wiem, że została z tym sama. Tak sama, jak ja jestem od tylu lat.
Przestałam rozwiązywać małe/większe/duże problemy. Trwam sobie obok nich. One też trwają, czasem się powiększają, czasem zmniejszają, czasem znikają zupełnie.
Okazuje się, że tak też można żyć.
Bauman mówił, że szczęście polega na przezwyciężaniu problemów.
wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21240782,zygmunt-bauman-zycie-daj-mi-klawisz-delete.html
Przezwyciężyłam ileś z nich. Nie sądzę, bym poczuła się szczęśliwsza. W ogóle nie sądzę, by przezwyciężenie kolejnego wróciło mi radość życia.
Nie, dziękuję, to nie jest depresja.
Nie muszę chyba dodawać, że wszelkie gromy nie robią JUŻ na mnie wielkiego wrażenia?