Na fali wątków wakacyjnych, zastanawiam się po co ludzie jeżdżą na wakacje, po których można się od początku spodziewać, że będą męczarnią.
Na przykład jadą pod namiot - i OKAZUJE SIĘ (surprise, surprise!) że jest niewygodnie, nie ma ciepłej wody, do łazienki trzeba iść przez cały kemping itp itd. Do tego oczywiście jedzenie pulpetów ze słoików albo smażenie placków ziemniaczanych - sama nie wiem co gorsze!

A potem ZDZIWIENIE i rozczarowanie, że tak się człowiek umęczył. Po co jechać na takie wakacje?
Albo - wakacje last minute. I oczywiście na miejscu ZDZIWIENIE, że pokój to nora z oknami wychodzącymi na plac budowy, a hotel jest 10 km od plaży. No a czego można się spodziewać po TANIEJ opcji 'last minut'? Właśnie dlatego jest tania! Myśle, że ludzie są po prostu pazerni, lecą na okazję, a potem im ta 'okazja' uszami wychodzi.
Albo - chodzenie po górach z 10-kilogramowym dzieckiem na plecach. To też jakaś forma samoumartwienia?
Powiedzcie mi - dlaczego ludzie chcą się tak umartwiać na urlopie?