nangaparbat3
05.01.19, 09:37
W Sylwestra dowiedziałam się, że w październiku umarła moja znajoma. W czerwcu razem chodziłyśmy na zajęcia, młodsza ode mnie o kilkanaście lat, wyglądała jeszcze młodziej, uprawiała sport, nie piła, nie paliła, była pełna życia, ale jednocześnie wewnętrznego spokoju, chętnie żartowała, znałam ją ponad 20 lat i zawsze podziwiałam - miała cel w życiu, z tych nieosiągalnych, do których mozna dążyć bez końca (wg Maslowa warunek w pełni szczęśliwego życia), promieniała jakimś wewnętrznym światłem. Wydawało mi się, że będzie zawsze, to znaczy że mnie przeżyje, każda inna myśl wydawałaby się absurdalna. Od tygodnia trudno mi myśleć o czym innym - chyba łatwiej byłoby mi przyjąć, że to był tętniak, wypadek, zawał - ale to rak.
I teraz te dziewczynki, na progu życia.
Jesienią moja bliska znajoma była świadkiem śmierci pani, z którą pracowały przy jednym stole. Powiedziała: zobaczyłam, że to jest takie kruche.
Czasem się zastanawiam, jak to w ogóle możliwe, że żyjemy - tyle narządów, układów, komórek musi działaś sprawnie, żeby działało. Ale samo się nieustannie naprawia.
Jedno jest pewne. Kiedy na chwilę uświadamiam sobie kruchość życia, dużo łatwiej mi oddzielić ważne od nieistotnego. Docenić, że jestem i są inni, a w tym "inni" mieści się każda żywa istota. Konfrontacja ze śmiercią, żeby nie wiem jak absurdalna i niesprawiedliwa się wydawała, paradoksalnie daję siłę, chociaż nie od razu.
Wydaje mi się, że za mało o niej myślimy. Nie żeby się jej bać, ale żeby cenić to co jest.