tetetana
16.09.19, 13:55
Moja bardzo bliska rodzina. Ona 34, on 36. Wykształceni, ale nie rynkowo, czyli w Polsce maks. 3000 netto na etacie przy odrobinie szczęścia. Wyjeżdżają do Norwegii, żeby zarobić na mieszkanie, do pracy fizycznej (opieka nad seniorami). W trakcie dwuletniego pobytu uczą się nieźle języka, ciężko pracują, oszczędzają. Mają jednak kryzys związku, wracają do Polski i dają sobie czas na przemyślenie. Po pół roku "przemyśliwań" wracają do siebie. W tym czasie oboje bawili się, mieli innych partnerów. Po miesiącu okazuje się, że ona jest w ciąży. Prawdopodobnie jego, ale pewności nie ma, bo było też dwóch innych panów w międzyczasie (rozrywkowo, nie na serio), o czym ona szczerze powiedziała. On stawia warunek: albo test DNA, gdy będzie możliwy - bo on chce wiedzieć jak najszybciej, albo rozstają się. Ona pyta, a co gdy wyjdzie, że nie jego dziecko. No to też oczywiście się rozstają. Jeśli wyjdzie jego, zostaje z nią. Ona się zgadza. Wychodzi, że nie jego, on odchodzi. Żadna wielka historia, mnóstwo takich zapewne, ale pytam, czy podejście pana i ultimatum Waszym zdaniem było uczciwe? Gdyby ona powiedziała "nie", rozstali się, a mimo wszystko okazało się, że to jego dziecko, to czy on miałby prawo zmienić zdanie i chcieć do niej wrócić?