www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/lekcje-religii-zniechecaja-do-kosciola-tych-zajec-nie-zapomne/kepydg4,2b83378a
Podam swój przykład. Trochę długi.
Ogólnie miałam przerąbane bo moja wychowawczyni w podstawówce była nawiedzoną dewotką polonistką, wiec kontakt częsty. Poniedziałki zaczynaliśmy od modlitwy. Ojjj się nie lubiłyśmy- ale trudno było się mnie mocno czepiać, bo nauka szła mi bardzo gładko, jedynie miałam problem z ortografią i pamieciówką (wiersze, definicje itp.).
8 klasa, bierzmowanie. 99 pytań i odpowiedzi do wyrycia. No i nie wyryłam, odpowiadałam własnymi łatwiejszymi słowami. Byłam pytana wielokrotnie częściej nić inni i zazwyczaj dostawałam jedynki. Z wychowawczynią nigdy nigdzie nie jeździliśmy, bo się nas bała. Jednak w 8 klasie postanowiła zabrać nas na jednodniówkę, uwaga, uwaga, do Świętej Lipki. Kto miał być dodatkowym opiekunem? Oczywiście ksiądz. Podeszła do mnie i powiedziała, że ja nie jadę, bo mam materiał do nadrobienia i jeden dzień będzie idealny na to (jedna z najlepszych średnich w olbrzymiej szkole w dużym mieście w wyżu- tak, takie cyrki wcale nie w jakiejś wiosce). W domu oznajmiłam, że "no trudno, nie jadę". Na co mama (ojjj ...mało wyrywna szczególnie do obrony mojej osóbki) powędrowała do szkoły i z rozpędu do kościoła, do proboszcza. Jak wróciła, to tylko stwierdziła, że wychowawczyni-kłamczuszka tłumaczyła się obawami o moje zdrowie (niewielki defekt- nie każde ćwiczenia na w-f mogłam wykonywać

) i teraz ode mnie zależy, czy chcę jechać (Lipka vs cały dzień bumelowania i czytania

) oraz że na religii już nie będę pytana do końca roku, a czy chcę iść do bierzmowania czy nie, to już mój wybór. Nie wiem co tam się odbyło. Moja mama jest praktykująca. Ja nie mam nic z nimi wspólnego od prawie 30 lat.
Sorry, za przydługi tekst. Ale dla mnie to idealnie obrazuje patologię i religii i szkoły i zdewociałych nauczycieli.