sytuacja1.
imieniny ojca mego ślubnego:
Kilka dni przed zaczęłam przypomninanie i prośby o kupienie prezentu, a
właściwie chociaż wymyślenie co kupić. Dzień przed imieninami "zażądałam"
kupienia. Po 3 godzinach od "zażądania" dzwonię z pytaniem, czy już....
Otrzymuję odpowiedź, jeszcze nie, ale kupię.
Dzień imienin - nie ma prezentu - ale jest obietnica o kupnie. Kilka dni po
imieninach nadal nie ma prezentu. Kilka miesięcy po imieninach nadal nie ma
prezentu.
Sytuacja nr 2
Nasze dziecko jest straaasznym alergikiem. Nie może wielu rzeczy jeść. Ciągle
chodzą za nami problemy skórno- brzuszkowe. Mój mąż wyciąga z lodówki 7 -io
dniową kukurydzę i daje dziecku "bo myślał, że może". Jest to już któraś z
rzędu sytuacja, kiedy dziecko dostaje coś "starego z lodówki". No dobrze. Mąż
myślał, że skoro leży w lodówce, to znaczy, że dobre. Ale w lodówce będą
takie rzeczy leżeć, bo po pierwsze, niektóre rzeczy, które nie nadają się dla
naszego syna nadają się dla nas. Niektóre rzeczy, które nie nadają się dla
syna i dla nas nadają się jeszcze dla naszego psa. Sytuacja z kukurydzą
zakończona całonocnymi wymiotami małego.
Sytuacja nr 3. Wyjmuję z lodówki garnek i pokazuję mężowi, że ten właśnie
garnek jest garnkiem z jedzeniem dla małego. Pokazuję i opisuję. Każę mu
patrzeć, tłumaczę i mówię długo. Obawiam się, by nie powtórzyć niedawnych
przygód z kukurydzą. Później okazuje się, że mały owszem dostał jedzenie z
garnka wzbogacone dodatkami z innych naczyń w lodówce. Dodatkami starymi i
zepsutymi, "bo przecież wczoraj mąż też te dodatki dawał". Nie dociera
tłumaczenie, że skoro wyraźnie pokazywałam, garnek i nic nie mówiłam o
dodatkach to dziecko nie powinno tych dodatków jeść. Tłumaczenie, że jedzenie
po 24 godzinach od "ostatniego razu" może być zepsutym jedzeniem nie pomaga.
Cała noc okupiona popłakiwaniem małego. Ja już wiem, że nie będzie to
ostatnia taka sytuacja. Rzyganie kukurydzą nic nie pomogło, więc nie pomoże
ból brzuszka.
sytuacja nr 4. Urodziny i teścia i teściowej. Od dwóch tygodni moje prośby o
pomoc w wymyślaniu prezentów. Za każdym razem słyszę odpowiedź "załatwię to".
3 dni temu to słyszałam, 2 dni temu też to słyszałam, wczoraj to słyszałam, a
dziś to aż bałam się zapytać. W końcu spytałam się. Oczywiście usłyszałam, że
jeszcze sprawa nie załatwiona.
Większość spraw codziennego życia przebiega w podobnym scenariuszu. Od kilku
lat znam koniec tych historii a jednak się łudzę, że następnym razem będzie
inaczej. Staram się stosować różne zabiegi, które teoretycznie mogłyby
poprawić sytuacje. Nic nie pomaga. Jestem tym cholernie zmęczona. Tym
przeświadczeniem, że NIGDY się nie uda.
Nie mam pomysłu jak sobie poradzić w takim zwykłym codziennym życiu. Mam
kilka hipotez.
1. Albo jestem zbyt wymagająca a nie powinnam być. Powinnam się zmienić w
panią sekretarkę od takich spraw.... co z góry jest skazane na niepowodzenie,
bo nie mam czasu na dodatkową pracę sekretarki.
2.. Albo jestem przewrażliwiona i takimi sytuacjami w ogóle nie powinnam się
przejmować.
3. Albo nie umiem zakomunikować powagi sytuacji i ślubny świadomie zlewa
sytuację nie czując, że coś tam jest ważne.
4. Albo ślubny cierpi na jakieś choroby od Alzheimera począwszy na
przemęczeniu skończywszy i powinien się leczyć farmakologicznie.
5. Albo moje prośby wyzwalają w ślubnym efekt konkretnego świadomego
postępowania, by zrobić mi na złość;
6. Albo ślubny mnie w ogóle nie słucha i po 12 latach znajomości machinalnie
kręci głową, odpowiada dobrze itp. nie wgłębiając się w treści moich przemów.
Informacje przekazywane przeze mnie nie docierają po prostu.
7. Albo mój ślubny jest totalnym kretynem w sprawach życia codziennego. A
kretynizmu jako cechy wrodzonej nie można wyleczyć. Jedyna rada
zaakceptować?????
Może ktoś ma inne pomysły???? Na razie jestem na etapie załamania nerwowego.
Nie jestem w stanie znieść więcej niż 1 przygodę dziennie. Niestety ostatnio
zdarza się ich więcej.
A może ktoś ma podobne sytuacje w swym związku????? Kurczę jakiejś rady czy
pocieszenia mi trzeba

(((