Zakladam nowy watek, bo "alimentowy" sie juz za dlugi zrobil
Otoz naprawde nie jestem radykalna feministka, ktora uwaza, ze kazda kobieta
powinna spedzac swoj dzien w pracy. Zreszta, sama nie pracuje obecnie zawodowo.
Rozumiem, ze mama ma prawo uwazac, ze czas, ktory poswieca dziecku do 2-3 roku
zycia jest bezcenny i warto poswiecic go tylko jemu. Ale, do licha, trzeba
zaakceptowac konsekwencje tego wyboru! Brak pracy zarobkowej = BRAK dochodu.
Koniec kropka. Nie mozna zjesc ciastka i miec ciastka. Odnosze wrazenie, ze
dla sporej ilosci emam ta prosta zaleznosc jakos wymyka sie logice...
Jezeli OBOJE partnerzy uwazaja, ze wystarczy to co zarobi tatus to fajno, ale
mysle, ze to jednak nie fair, kiedy tylko kobieta decyduje, ze ona zostaje w
domu z dzieckiem i basta, a potem ma pretensje, ze kasy nie starcza. Pomijam
przypadki, kiedy tatus len i obibok (chociaz widzialy galy co braly i
decydowanie sie na powiekszanie rodziny bez widokow na jej utrzymanie to dla
mnie nieodpowiedzialnosc...). Partnerstwo to nie jest moim zdaniem wyliczanie
ile kto poswiecil czasu na zmywanie i odkurzanie w tym tygodniu, tylko
podejmowanie WSPOLNIE decyzji o WSPOLNYM zyciu.
To tyle ode mnie "w temacie" niepracujacych mamus, gwoli wyjasnienia