Dodaj do ulubionych

Proroctwo kapusty

08.07.26, 07:34
Proroctwo kapusty

Wojciech Orliński

Dzisiejsza Polska, ciesząca się (do niedawana) ponadpartyjnym konsensem w polityce zagranicznej, wzbudziłaby aprobatę naszych wielkich XIX-wiecznych. Nawet Żeromski, ta wieczna zrzęda, burknąłby jakieś niechętne powinszowania.
Zaprosili mnie ostatnio do telewizji jako eksperta od Ukrainy. W sezonie urlopowym biorą z łapanki każdego, kto został w mieście, więc staram się, żeby woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Niemniej jednak poczułem się uprawniony do napisania felietonu na modny ostatnio temat pogorszenia stosunków polsko-ukraińskich. Mój punkt widzenia jest zdeterminowany przez polską kulturę. Tak rozumiem swój patriotyzm – chcę, żeby rozkwitał kraj, w którym czytają w oryginale Lema, Dukaja, Sapkowskiego, Tokarczuk, Konwickiego, nie mówiąc już o tych wszystkich Mickiewiczach i Słowackich. Czuję się związany z tą kulturą, w końcu przez znaczną część życia pracowałem w dziale kultury. Potężnie tym kiedyś rozczarowałem swoje dzieci, bo gdy zabrałem je do pracy, bezskutecznie poszukiwały owego „działa”.

Cóż, metafora „armat ukrytych w kwiatach” jest starsza od nas wszystkich. To, że udawało nam się dotąd wrócić na mapę, nawet gdy niecne siły nas z niej wymazały, zawdzięczamy wyłącznie potędze naszej kultury. Były takie momenty, gdy nie mieliśmy nic poza nią. Od Mickiewicza po Żeromskiego nasza kultura niosła nam przede wszystkim jedno przesłanie – że zaryzykuję belferskie uproszczenie z serii „co poeta chciał przez to”. Że nasi wrogowie rozgrywają przeciwko nam nasze niesnaski, więc warunkiem sukcesu jest zgoda. „A Bóg wtedy rękę poda” i stanie się „jeden tylko, jeden cud – z polską szlachtą polski lud”. I tak dalej.

W „Panu Tadeuszu” niezgoda między zwaśnionymi rodami prowadzi do triumfu Moskali. Na szczęście chwilowego, bo oto do akcji wkracza niepozorny ksiądz Robak. Okazuje się – przepraszam tych, którzy nie uważali w szkole, że zdradzę im zaskakujący zwrot akcji – że to dawny awanturnik i szlachecki watażka Jacek Soplica, który przyjął taką tożsamość dla odpokutowania grzechów młodości. Pod przykrywką wędrownego mnicha Robak/Soplica tworzy na Litwie konspirację, która ma uczynić sprawę polską elementem większej sprawy europejskiej.

Ten motyw przejawiał się w klasycznej polskiej literaturze wielokrotnie. Sprawa polska ma szanse powodzenia, tylko jeśli się ją uczyni elementem globalnej polityki (Norwid fruwał wyobraźnią między Azją, Afryką i Ameryką!), do tego zaś warunkiem jest wewnętrzna zgoda w sprawach zasadniczych. Dzisiejsza Polska w Unii i NATO, ciesząca się (do niedawana) ponadpartyjnym konsensem w polityce zagranicznej, wzbudziłaby aprobatę naszych wielkich XIX-wiecznych. Nawet Żeromski, ta wieczna zrzęda, burknąłby jakieś niechętne powinszowania, ale zaraz dodałby, że nie zrozumieliśmy jego ostrzeżeń.

Niestety, nasza literatura nie zostawiła nam sensownej recepty na układanie relacji z narodami przedrozbiorowej Rzeczpospolitej. „Socyaliści” (np. Mickiewicz) snuli wizje demokratycznego braterstwa. Endekom (np. Sienkiewiczowi) marzyło się coś jak imperium brytyjskie, czyli Polska niosąca cywilizację Zachodu na Dzikie Pola.

Mickiewiczowskie braterstwo na pierwszy rzut oka wygląda fajnie, ale na drugi rzut widać, że widział Polaków w roli starszych braci, którzy przejmują ojcowiznę. Innym narodom jagiellońskiej Rzeczpospolitej wieszcz nie miał do zaoferowania nic poza polonizacją, co nie było aż tak dalekie od kolonialnych wizji endeków. Tadeusz Soplica w finale uwalnia chłopów pańszczyźnianych, ogłaszając ich „współobywatelami – wolnymi i równymi Polakami”. Nawet się nie zastanawia, czy któryś nie czuje się jednak Litwinem albo Rusinem. Po 1918 r. okazało się, że Litwini, Ukraińcy i Białorusini chcieli mieć własne państwa, a polonizacja była dla nich równie atrakcyjna jak germanizacja czy rusyfikacja. Dla nas to bluźnierstwo, jak można to w ogóle porównywać!

Do dziś nie potrafimy się odnaleźć w roli zwykłych sąsiadów. Łatwo nam było pomagać Ukrainie, dopóki mogliśmy odgrywać naszą ulubioną rolę starszych braci niosących zachodnią cywilizację. Kiedy się okazało, że nad Dnieprem już nie ma Dzikich Pól, tylko światowa czołówka technologii dronowej, nasi politycy okazali się aktorami bez scenariusza. Pogłupieli jeden z drugim.

Nasze zachowanie zrobiło się niezrozumiałe nawet dla naszych największych sprzymierzeńców na Zachodzie. Nikt nas nie popiera. Żądanie, żeby Zełenski teraz rzucił wszystko, by rozliczać zbrodnie sprzed 83 lat, to dla reszty świata po prostu kuku na muniu. „Historia jest po naszej stronie!” – wołamy niepomni, że nawet Norman Davies nas wzywa do opamiętania. Zmierzamy do sytuacji, w której już kiedyś byliśmy: osamotnionego, nabzdyczonego państwa, które „ma rację”, ale nie ma przyjaciół.

Wtedy skończyło się to katastrofą. Wkrótce po niej najukochańszy poeta wszystkich Polaków napisał wiersz o warzywach, które się kłócą nie wiadomo o co. Kapusta pyta proroczo: „Po co wasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie”. Obyśmy zeszli ze ścieżki, którą wieszczył nam Brzechwa! Obawiam się jednak, że to on nas rozumiał najlepiej. A to feler, westchnął seler.

Polityka 28.2026 (3572) z dnia 07.07.2026; Felietony; s. 87
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka