agnieszkatk
24.11.08, 09:45
Nie boję się. A skąd. Jestem po prostu przerażona. Jutro druga
sprawa rozwodowa. Po drugiej stronie stanie mój jeszcze mąż
uzbrojony w adwokata i będą udowadniać, że rozwód to jedyne sensowne
zakonczenie niefortunnego związku.
Moja mama mowi, że to moja wina. Może ma rację. „Ja bym to robiła
inaczej” , „Ja bym z nim starała się porozmawiać” „Źle go
wychowałaś” „Sama go wygrałaś” Tylko takie stwierdzenia już nic nie
zmieniają. I wcale mi nie pomagają.
Wiem: powinnam unieść się honorem, wziąć syna pod pachę i godnie
odejść. Tylko.... dokąd? Nie opracuję i pewnie prędko do pracy nie
wrócę. Bo jak tu wrócić, kiedy dziecko wymaga większej niż normalnie
opieki i pracy? Kiedy dziecko ma autyzm, a w tygodniu jest tylko
jeden dzień, kiedy nie jeźdzę z nim na terapię, a w ogóle to
dodatkowo co rusz jeżdzę do innego miasta i cały dzień nie ma mnie?
Pracowałam odkąd skończyłam szkołę srednią. Dorabiałam szorując gary
w restauracji i roznoszac ulotki. Pracowałam w biurze. Nie poczuwam
się do roli nieroba. A tak mnie teraz określają. Tylko, potencjalny
pracodwaco, przyjmiesz mnie do pracy, w sytuacji, gdy w zasadzie co
dzień nie będzie mnie przez połowę czasu w różnych godzinach? Mój
jeszcze mąż przez te wszystkie lata ani razu nie był z synem na
zajęciach. Wiem: pracuje. Ale czy to zwalnia go całkowicie z
odpowiedzialnosci za nas, za dziecko, za dom? Moze i go
rozpieściłam. Ale uważałam, że jesli on pracuje dłużej, to na mnie
spoczywa obowiązek prania, sprzątania, gotowania, zmywania,
zajmowania się dzieckiem.... I doszło do tego, że jest awantura o
jedną jedyną czynność, ktorej nie znoszę szczerze i ktorą w domu
wykonuje mąż: odlewanie wody z ziemniaków po ugotowaniu... Farsa.
Mieszkania swojego nie mamy. Wynajmujemy te – duże, w centrum
miasta. Czynsz spory za to nie duże pieniądze za sam wynajem.
Rozglądałam się, za te pieniądze teraz nie wynajmę dwupokojowego
mieszkania. Co dziwniejsze, nie wynajmę nawet kawalerki. Owszem,
czynsz niższy, ale oplata za wynajęcie dużo wyzsza. Zresztą jeszcze
mąż proponuje mi 400 zł alimentów. 400 zł, podczas gdy samo
mieszkanie to 1200zł. A przedszkole, do którego syn chodzić musi, bo
to też rodzaj terapii? A dodatkowa terapia, bo tej „bezpłatnej” jest
za mało? A co rusz dokupowane rzeczy do ćwiczeń? I zjeść by coś też
wypadalo, i ubrać się... wydawalo mi się, że jak się zarabia prawie
4000 zł to nawet jesli polowa z nich nie jest udokumentowana (
chociaż pewnie do udowodnienia ) stac go będzie na większy wkład.
Podsumowując : mam zamienić spokojnie ( sic! ) życie w dużym
mieszkaniu, z jeszcze szczęśliwym dzieckiem ( dość malym i dość
chorym by nie rozumieć, co się dzieje ) i które widzi co dzień
tatusia ( nie wiem, co syn w nim widzi, tata w zasadzie się nim nie
zajmuje, ale.... jest ), spokój ( bo my od miesięcy się nie kłocimy,
co więcej, jadamy wspólnie, nawet wyjażdzamy razem... ) za sensowne
pienądze na.... no wlasnie, na co? Na wielką niewiadomą, bo nie
wiem, gdzie będziemy mieszkać z synem, za co i jak.... Czy to takie
dziwne, że ... że nie chcę rozwodu? Nie mam nikogo i o ile wiem, on
też nie ma. Szkoda, że jedyne, co wymyślił, zeby poradzić sobie z
problemami to ucieć od nich... Nie udało się budowac małżeństwa na
oczekiwaniu, że zawsze będzie dobrze i zdrowo. Podobnie jak zgubne
jest myslenie, że po rozwodzie będzie mu już tylko dobrze a ja
rozwieję się... Przeraża mnie bezsilność, poczucie związania z nim w
zasadzie na zawsze nie zależie od tego, co formalnie stanie się z
naszym małżeństwem. Przeraża mnie niepewność jutra. Ja sama dam
sobie radę. Nie wiem, czy będę w stanie zapewnić to mojemu dziecku:
poczucie bezpieczeństwa, pewności jutra ... w zasadzie to on będzie
płacił za nasz pośpiech, brak rozsądku, za nieudolność własnych
rodziców. Istnieje tyle sposobów, żeby dobić własne dziecko.... i to
jeszcze takie dziecko, które ze wzgledu na autyzm ma potrzebę
ogromnjej niezmienności, przewidywalności każdego dnia...
Jesteśmy po badaniach w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-
Konsultacyjnym. Po pierwszej rozprawie wyslał nas tam sąd celem
zbadania dopuszczalności rozwodu w sytuacji „posiadania” chorego,
malego dziecka. Opinia RODK jest jednoznaczna: rozwod, mimo
zdecydowanej postawy powoda jest niedopuszczalny ze zwględu na dobro
dziecka. Obcy ludzie, niezaangażowani w sprawę stwierdzili to,
czego „powód” nie potrafi przyjąć do wiadomości: że w przypadku
rozowdu ucierpi Kuba. Ze zostanie naruszone jego poczucie
bezpieczeństwa,że może nastąpić regres w rozowju, że ucierpi jego
sytuacja rodzinna, że zaburzony zostanie kontakt z ojcem po jego
wyprowadzce, w końcu, że ucierpi jego sytuacja materialna. Adwokat
męża kwestionuje tę opinię. Wszystko dla dobra klienta. Jutro w
sądzie będą biegli, którzy nas wtedy badali. Adwokat zada im kolejne
pytania, starając się , żeby powiedzieli, że jednak możemy się
rozwieść. Nie wiem, co oni powiedza, nie wiem, jak mam się
zachowywac, nie wiem, o co ja mam ich zapytać i co robić, jesli
zmienią zdanie. Adwokat, u ktorego byłam po poradę ( nie stac mnie
na adwokata na sprawę ) był zdziwiony, ze nie chce rozwodu i uważał,
że jedyne, na czym powinnam się skoncentrowac, to alimenty. Bo mąz i
tak rozwod dostanie.
I tak się zastanawiam.... Po pierwszej sprawie byłam jak
nieprzytomna, kompletnie wyprana z sił. On chyba też, albo mnie
zwodził, bo zachowywał się wyjatkowo przyzwoicie. Pomyślałam wtedy,
że drugi raz nie dam rady. Że się poddaję. Że chya lepiej teraz, od
razu, gdy jeszcze mam siłę. Ze w zasadzie walka – i tak z gory
skazana na porażkę – jest bezsensowną stratą czasu i sił. Sił, które
są mi potrzebne na coś innego, nie na walkę z mężem.... Tylko co ja
zrobię po rozwodzie? Błędne kolo a w tym wszystkim ja, zbyt
przerażona, żeby płakać i zbyt jeszcze dumna, żeby ktoś się nade mną
litował.....