j_mat
21.02.08, 13:42
Była sobie ulica Kochanowskiego w Gdańsku-Wrzeszczu, która –
odkąd pamiętam – stanowiła jednokierunkowy ciąg komunikacyjny
przebiegający od ulicy Klinicznej aż do Kościuszki. Ulica ta miała
dwa krótkie odcinki dwukierunkowe: od Klinicznej do Okrzei i od Reja
do Mickiewicza. Ułatwiało to dwustronne komunikowanie się z
równoległą do Kochanowskiego arterią – ul. Hallera. No i było dobrze.
Ale od niedawna (może od roku?) ktoś odpowiedzialny (a może
nieodpowiedzialny?) za gdańską komunikację postanowił coś zmienić. A
że najłatwiej coś zmienić psując – więc popsuł. Mianowicie
zlikwidował dwukierunkowość ul. Kochanowskiego na odcinku pomiędzy
ulicami Reja i Mickiewicza. A żeby było śmieszniej (?), zlikwidował
ten kierunek, który obowiązywał na całym ciągu komunikacyjnym,
wprowadzając na wspomnianym odcinku jazdę pod prąd. Czym to było
spowodowane – nie wiadomo. Demencją urzędnika, który powinien być od
dawna na emeryturze, okresową niedyspozycją (a może bardziej owym
nieznośnym napięciem przed, które musi dla siebie znaleźć jakieś
ujście) pani urzędniczki, czy też pana urzędnika, który nadużył i
lecząc dołujący syndrom dnia następnego, postanowił się
dowartościować i pozostawić jakiś ślad po sobie dla potomności?
Niezależnie od motywów, które kierowały podejmującym decyzję, można
z pełną (obywatelską) odpowiedzialnością stwierdzić, że była ona
idiotyczna. Tym niemniej – zapadła i choć w odpowiedzi na słane
petycje, domagające się przywrócenia status quo ante, urząd
przyznawał rację i chwalił obywatelską inicjatywę autorów składanych
wniosków, trwała przez długie miesiące. A trwała w postaci znaku
zakazu od strony ul. Reja, po części odstraszającego, po części
jednak kuszącego przeżyciem dreszczyku ryzyka, które często nawet
się spełniało w postaci radiowozu czekającego u wylotu (a od
niedawna wyłącznie wlotu) tego odcinka ulicy.
Aż oto któregoś pięknego dnia, nie dowierzając własnym
oczom, spostrzegłem, że złowieszczy znak zniknął! Odtąd można już
było – jak ongiś – poruszać się swobodnie i bezpiecznie na odcinku
pomiędzy ul. Reja i Mickiewicza i z powrotem. Czyli sytuacja wróciła
do normy, jaka trwała dziesięcioleci i okoliczni mieszkańcy szybko
wymazali z pamięci ten krótki okres gwałtu zadanego naturze
miejskiego ruchu, jakim było amputowanie ulicy jednego z kierunków.
Więc jednak happy end!?
O, nie. Nie ma tak łatwo. Życie (mówiąc eufemistycznie)
potrafi dać w mordę. Kiedy człowiek już ochłonie i przestanie
trzymać gardę, przywali jeszcze raz. W tym wypadku jednak życie to
nie bezosobowe fatum, ale jakiś bałwan na urzędniczym stołku, który
bawi się losem ludzi w taki czy inny sposób związanych z ulicą
Kochanowskiego. Ten bałwan poszedł jeszcze dalej niż poprzedni (a
może to ten sam?), bowiem nie tylko wprowadził ponownie jeden
kierunek na odcinku pomiędzy Reja a Mickiewicza, ale i zmienił na
przeciwny kierunek na wcześniejszym odcinku do ul. Reja. Czyżby
chciał, poprzez rozszerzenie skali idiotyzmu, nadać temu idiotyzmowi
pozory normy i prawidłowości?
Boję się myśleć, co będzie dalej. Jakie jeszcze niespodzianki trzyma
w zanadrzu ów Napoleon ruchu drogowego, dzierżący w swym
niepodzielnym władaniu ulicę Kochanowskiego, ów geniusz zawracający
nurty ulic, (jak tamten, który chciał odwracać bieg rzek), ów
rzeźnik ulic wreszcie, ćwiartujący żywy organizm komunikacyjny na
nieprzydatne dla nikogo kawałki, aby potem układać z nich dowolne
kompozycje ... Już widzę jego żołnierzy obsadzających strategiczne
pozycje na Kochanowskiego, aby bezkarnie łupić niepodejrzewających
kolejnej zasadzki miejscowych użytkowników pojazdów. Miejscowych, bo
obcy bardziej bacznie zwracają uwagę na znaki drogowe. Miejscowi się
przyzwyczajają do tego, co jest i tracą czujność. Ale genialny
strateg (któż to jest jego kolejnym wzorcem?) dba o to, abyśmy nie
zastygli w bezpiecznym poczuciu komfortu i coraz to wystawia na
próbę nasze nerwy, zdrowie i bezpieczeństwo...
Ja jednak nie życzę sobie, aby jakiś palant bezkarnie wpływał na
moje życie zaspokajając swoje chore ambicje, czy to będzie prezydent
IV RP, czy powodowany podobnie niskimi i miałkimi pobudkami st.
referent do spraw ul. Kochanowskiego! I to wpływał w całkiem
materialny, brutalny sposób: mianowicie poprzez ściąganie haraczy
finansowych w postaci mandatów i gnębienie punktami karnymi, nie
mówiąc już o narażaniu mojego i innych bezpieczeństwa poprzez
wprowadzanie kolejnych zagrożeń dla ruchu drogowego. Jest to - moim
zdaniem – sposób nielegalny, bo są to sankcje realizowane w oparciu
o niebezpieczne, społecznie szkodliwe i nielegalnie decyzje. A
decyzje są nielegalne, ponieważ były podejmowane w upojeniu
alkoholowym, stanie silnej ekscytacji emocjonalnej, chwilowej lub
trwałej niemocy intelektualnej, bądź też – aż się boję to
wyeksplikować – pod presją, czy za namową (niewykluczone, że
finansową) – kogoś znaczniejszego niż formalny decyzjodawca, czy
też - jeszcze gorzej (nie chcę nawet tak myśleć) – w celu
zamierzonego, acz bezinteresownego wprowadzenia uciążliwości i
dolegliwości, aby tak po prostu, po ludzku pognębić innych, w jakiś
sposób zależnych od niego, aby poczuli oni, kto rządzi ulicą
Kochanowskiego.
Kończąc, pozostaję z nadzieją, że przyszło mi żyć w mieście (co tam
mieście – państwie!) prawa, którego władze (bo liczę na to, że
opisany przypadek jest odosobniony) uporządkują kwestię ruchu
drogowego na ul. Kochanowskiego zgodnie z bezpieczeństwem i
potrzebami uczestników ruchu drogowego, wygodą mieszkańców i – co
się również od czasu do czasu liczy – zdrowym rozsądkiem.
P.S. 50zł i 5 punktów karnych, który to haracz udało się wyrwać
funkcjonariuszom mojej żonie emerytce dopadniętej z zaskoczenia po
recydywie bezsensu na wspomnianym odcinku ulicy Kochanowskiego
traktuję jako konieczne (i niejedyne) straty poniesione w walce z
głupotą i samowolą palantów, którzy na nieszczęście trafiają się u
(różnej) władzy i którzy – gdyby tylko mogli – od razu wprowadziliby
w życie projekt Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Palantów, od czego
chroń nas wszystkich Panie Boże Wszechmogący!
Jerzy Matwiejczuk
Gdańsk
e-mail:
j_matwiejczuk@yahoo.com