witam wszystkie listopadówki
nie pisałam dotąd ale regularnie Was podczytywałam i mam nadzieje, ze mi
pomożecie no ale do rzeczy...nie wiem co sie dzisiaj cały dzień ze mną
dzieje: miałam termin na wczoraj, w piątek w nocy zaczełam krwawić - w
szpitalu okazało sie , że szyjka 2-0-0, pojedyncze skurcze ( 5-6 dziennie mam
od miesiąca, łożysko sie nie odkleja z małym wszystko w porządku przez
weekend krwawienie (najprawdopodobniej z szyjki) zmieniło się w plamienie i
tak było do poniedziałku kiedy mnie wypisali ( w sobotę w szpitalu odszedł mi
czop). Wczoraj byłam u mojego gina i wszystko bez zmian, plamię , brak
rozwarcia itd. i wg niego szybko sama nie urodzę - umówiliśmy sie na 28.11 na
wywołanie - a tu dzisiaj rano niespodzianka - o 5.14 bardzo mocny skurcz i
kolejne co ok 20 minut (raz 15 raz 25 ale w tych granicach), pomyslałam że
sie zaczyna zwłaszcza że dołączyła lekka biegunka i nieco więcej krwi ale
spokojnie doczekałam do 7.30 - kiedy na dobre wstałam z łózka - i tu skurcze
zwolniły tzn. były co 35 -45 minut. O 9.13 zaczełam zapisywać wszystkie po
kolei i odległości miedzy nimi były takie:
38,30,45,35,38,23,38,16,25,33,47,20,24,26 (tyle jak na razie). Skurcze są
baaardzo bolesne ( dotąd nic mnie tak nie bolało - więc nie przesadzam) przy
części boli i brzuch i krzyż, trwają ok 0,5 -1 minutę, nadal mam
rozwolnienie, mały sie rusza słabiej ale się rusza więc o niego jestem na
razie spokojna. Ale dlaczego te skurcze sa takie nieregularne a odstępy się w
zasadzie nie skracają?! i jak długo to moze potrwać.... jestem już zmeczona
tym czekaniem na nie i samymi skurczami - pomiędzy nimi nic mnie nie boli.
ani tu jechać do szpitala - bo z czym? 1-3 skurczami na godzinę od 11 godzin?
wody mi nie odeszły i jeszcze to przekonanie lekarza wczoraj wieczorem że
szybko nie urodzę....tez w to uwierzyłam a dzisiaj sie tak męczę

a moze to
nie początek porodu (dłuuugi początek ) a tylko częstsze przepowiadające?!
ale dotąd mniej bolały...zaczynam juz głupieć, pomóżcie