Muszę koniecznie Wam o czymś opowiedzieć. Od blisko 3 lat leczę synka
homeopatycznie. Wcześniej ciągle szpitale, antybiotyki. Przez te ostatnie
3lata ZERO chemii. Nie jest to jednak ślepa wiara w tę metodę. Lekarka
(lekarz pediatra) zawsze podkreśla, że nie zawaha się użyć antybiotyku jeśli
zajdzie taka potrzeba. A ja swoją drogą wstępuję do zwykłej przychodni, by
upewnić się, czy aby na pewno wszystko jest OK. Przyznaję, że ostatnia
nagonka na homeopatię znowu namieszała mi w głowie, ale jak w to nie wierzyć,
skoro mam naoczne efekty?! Dokładnie tydzień temu synek zaczął lekko
kaszleć, a że mieliśmy w planie wyjazd w miejsce odcięte od cywilizacji
postanowiłam podejść do przychoni, by p. doktor go zbadała, uspokoiła i
ewentualnie dała coś łagodnego. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu lekarka (ta
klasyczna, zresztą ceniona w okolicy) stwierdziła początek zapalenia krtani i
od razu walnęła antybiotyk. Kiedy protestowałam, stwierdziła, że to
KONIECZNE. Oprócz antybiotyku 4 inne mocne leki. Oj, nie - pomyślałam sobie.
Przecież ja zatruję to dziecko w ten sposób. Okazało się, że za leki
zapłaciłabym 65 zł. Postanowiłam dla porównania podjechać do homeopatki. Cena
wizyty taka sama, ile zapłaciłbym jednorazowo za leki. Spojrzała na receptę,
przeraziła się. Zaproponowała homeo, jeden lek tak NA UPERTEGO, by być
spokojnym. Nic złego sięnie działo. Synek po 3 dniach był zupełnie zdrowy. A
ja nie mogę zrozumieć podejścia dwóch różnych lekarzy. Już nie o tę
homeopatię chodzi
Pozdrawiam gorąco.