nitka-nitka
10.04.03, 16:04
Piszę właściwie żeby się trochę publicznie cieszyć. Mamy
kilkunastomiesięcznego adoptowanego synka. Zanim do nas przyszedł balismy sie
okropnie: o to jaki bedzie, o to czy napewno go nie zawiedziemy, o to co się
stanie z nami gdy mały sie pojawi, jak się znajdziemy w nowych rolach.
Wreszcie o to czy jest w nas dość tolerancji by cieszyć się z tego, że mały
jest inny niż my z natury rzeczy. Bylismy źli na ośrodek adopcyjny, że tyle
nam mówi o przeciwnościach losu, o tym, że w jakimś sensie to jednak nie
bedzie nasze dziecko (czulismy się trochę jak przechowalnia z ograniczoną
odpowiedzialnością).
Dziś śmieję sie do tych problemów.
Mój mąż ( który też się bał) mawia: nasz synek jest spełnieniem marzeń
każdego ojca i dumnie prowadzają się razem po sklepie.
To sie stało jakoś tak naturalnie - że po prostu rozsuneliśmy się z mężem
robiąc miejsce, w naszym domu i życiu dla małego.
Nie muszę oczywiście mówić, że uważam go za cud świata i super dziecko i z
dumą stwierdzam, że rozwija się lepiej ode mnie gdy samam byłam dzieckiem i
wkrótce przebije mnie ilorazem IQ.
Najdziwniejsza jednak rzecz stała się z samym tematem - adopcja.
To chyba dzieki obcowaniu z małym spłynął na nas jakiś spokój. Dziś kiedy
sobie rozmawiamy przy obiedzie mówię do małego o tym jakim jest wspaniały i
jak się cieszę, że los zesłał go właśnie nam, że to chyba on mnie adoptował a
nie ja jego, gdy zaczyna ze szczotką szprzątać podłogę. Nagle to przestał być
jakikolwiek problem. Czasami wieczorem kiedy on już spi rozmawiamy z mężem o
tym, że dla małego to był duzy stres te trzy miesiące w szpitalu i że pewnie
sądząc z charakteru jaki ujawnia trzeba będzie mądrze opowiedzieć mu o
rodzicach biologicznych, gdy zapyta, żeby się od nich nie odwrócił, żeby ich
nie nienawidził (bo o adopcji pewnie rozmowy zaczną się duzo wcześniej) .
Sama nie mogę uwierzyć w to, że nam to tak gładko przychodzi.
Może to jest tak, że mały nas nauczył, że jest osobnym człowiekiem, nie naszą
własnością i to co możemy mu dać to dużo uczucia i poczucia humoru?
To zabawne bo jescze niedawno myśl, że hipotetyczny on będzie chciał znaleźć
biologicznych rodziców napawała mnie strachem. teraz to dla mnie coś
oczywistego. Patrzę na małego i myślę, że kiedyś, gdy przyjdzie na to czas
pomogę mu rozwikłąć jego sprawy bo to co dla mnie najważniejsze to nie ja
(ale pompatycznie to wyszło) ale on. Bo to będzie jego życie.
Przepraszam, że przynudzałam, ale napadła mnie wielka potrzeba powiedzenia
tego.