annya11
07.02.07, 14:08
Bóle przedporodowe z koszmarnym bólem kręgosłupa złapały mnie już w środę-
08.02. W czwartek rano udałam się do szpitala, ale okazało się, że są to bóle
przepowiadające, więc na własne życzenie wróciłam do domu. Lekarz jednak z
ironią zapytał się po co w takim układzie przyjechałam (???). Bóle się
nasilały, powtarzały się z różną częstotliwością, ale nade wszystko
dokuczliwy był ból kręgosłupa- to on dominował. W sobotę – 11.02 ponownie
znalazłam się w szpitalu. Najpierw na oddziale patologii ciąży, potem
przeniesiono mnie na położnictwo, poczym ponownie na patologię. O północy ból
stał się nie do wytrzymania, a nadal nie było akcji porodowej. Podano mi
relanium i jakiś środek rozkurczowy. Nie informowano mnie co mi podano. O
1.00 lekarz ponownie mnie zbadał, stwierdzając że się zaczyna. Chciałam
zadzwonić do męża, albowiem ustaliliśmy, że on także będzie uczestniczył w
porodzie. Nie kazano- postawiłam na swoim informując aby był czujny. Ponownie
trafiłam na położnictwo. Podłączono mnie pod KTG. Położna zostawiła mnie
samą. Ból kręgosłupa nie pozwalał na racjonalne myślenie i stosowne
oddychanie. Po 2,5 godzinie zjawiła się położna podając dolargan. Na moją
prośbę zjawił się lekarz dyżurujący, zalecając znieczulenie zewnątrzoponowe.
Miałam już dość, albowiem od środy nie spałam, byłam bardzo zmęczona. Na moje
dosłownie błagania odłączono mnie od KTG, przyniesiono piłkę, a przede
wszystkim pozwolono skorzystać z prysznica- to była dla mnie największa ulga.
ZOP-a w rezultacie mi nie podano. Przed 7.00 zadzwoniłam do męża, o 7.20
położna powiedziała ze mogę zadzwonić. Gdybym sama tego wcześniej nie
zrobiła, to z pewnością przeoczyłby poród córeczki. Ninka urodziła się 7.57.
Córeczka w momencie porodu otrzymała 10 punktów w skali Apgrar. Nic nie
wskazywało, że mogą pojawić się jakiekolwiek komplikacje. Obserwując karmiące
matki, zastanawiałam się dlaczego moja maleńka nie chce podjąć jedzenia
piersią. Kilkunastokrotnie zwracałam się z tym do położnej i „pań od dzieci”.
Bagatelizowano moje obawy. Maleńka noskiem, ustami ulewała- „tak musi być”.
Minęła doba- mała nic nie jadła(!!!). Na obchodzie zdecydowano o wypisie.
Wówczas opatrzność zesłała p. dr Kucińską. Dokładnie obejrzała córeczkę i
stwierdziła rozszczep podniebienia. Był 13.02 godz.10.00. Zadecydowano, że
Ninka trafi na septyk, ja razem z nią będę mogła przebywać. Jednak szpital
nie dysponuje lekarzem, który mógłby nam więcej coś powiedzieć i dokładnie
zbadać ten defekt. Kazano tylko kupić smoczek do karmienia dziecka z
rozszczepem podniebienia. Mąż objeździł całe miasto. Udało się kupić smoczek.
O 18.15 położna podeszła i zabrała- dosłownie wzięła na ręce córeczkę
informując że zabiera ją na septyk- miano ją zacząć karmić sondą, ponieważ
nie wiedziano w którym miejscu zrobić dziurkę w
smoczku!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! O moim przeniesieniu nie było mowy.
Pozwolono jedynie zejść do córeczki. Okazało się, ze na dole nikt nie wie o
tym, że chcę być razem z córeczką. Na szczęście udało się. Miałam żal do
osoby która była odpowiedzialna za „przenosiny”, albowiem:
1. mała nie była karmiona 36 h
2. zabrano ją, nie informując mnie o niczym
3. sama załatwiałam sobie przeniesienie
4. bagatelizowano moje obawy
Na septyku całkiem inna atmosfera. Siostry odpowiadały spokojnie na moje
pytania, znalazły czas na pocieszenie. Córeczkę poraz pierwszy nakarmiono
smoczkiem dopiero w środę wieczorem. Przyczyna bardzo prosta- nie wiedziano
gdzie zrobić dziurkę - to zagadnienie zajęło aż 3 dni. W czwartek wypisano
mnie do domu. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do szpitala im. Biziela w
Bydgoszczy, w którym p. dr miałam nadzieję, że nas poinformuje, nauczy jak
postępować z takim dzieckiem. Rozmowa była nader krótka, ograniczyła się w
zasadzie do poinformowania, abyśmy zgłosili się do poradni za miesiąc i
chętnie genetycy by zbadali mnie i męża, albowiem w żadnej z naszych rodzin
nie było nigdy rozszczepów, a ja w ciąży przyjmowałam zarówno kwas foliowy
jak i witaminy.
Takie były moje odczucia po porodzie. Za kilka dni moja córeczka skończy
roczek. Jest już po super udanej operacji. Niczym nie różni się od
rówieśników. Jest roześmiana, wszędzie "jej pełno". Ja jestem jednego tylko
pewna - nigdy więcej Szpital im. Warmińskiego!!!