wyborcawas
08.04.14, 22:10
Anatomia zbrodni - no to opowiem Wam, co zdarzyło się w Smoleńsku
Dodano: 08.04.2014 [10:24]
Pijany Wania z zepsutym traktorem słuchający ruskiego disco, zdolny do bezmyślnej brutalności – ten stereotyp to tylko część prawdy o Rosji. Ona czasami chce, byśmy tak ją postrzegali. Ale jest dziedzina, w której Rosja jest precyzyjna niczym japońska elektronika. Okrucieństwo pijanego Wani używane jest przez rosyjskie służby specjalne w sposób przygotowany, przemyślany i inteligentny. Bo zleceniodawcy zawodowych morderców bywają inteligentni.
„Katyń był fragmentem szeroko opracowanego planu, który wykonano na zimno” – pisał Józef Czapski w książce „Na nieludzkiej ziemi”. Czwarta rocznica Smoleńska i trwająca rosyjska napaść na Ukrainę to odpowiedni moment, żebyśmy odpowiedzieli sobie bez autocenzury na pytanie, częścią jakiej operacji był 10 kwietnia 2010 r.
Oglądam właśnie film Anity Gargas „Anatomia upadku 2”. Informacje o Smoleńsku zebrane w jednym miejscu robią szokujące wrażenie, tym bardziej że pojawiają się w przestrzeni publicznej, gdy dzięki twardej postawie Ukraińców Rosja musiała zdjąć maskę krainy dobrotliwej i miłującej pokój.
Próbuję wczuć się w rolę obcokrajowca, który dowiaduje się, jak wygląda śledztwo smoleńskie w Polsce – kraju będącym członkiem Unii Europejskiej i NATO. Zapewne kręci ze zdziwieniem głową, myśląc, że ogląda film science fiction.
To nie science fiction, to Rosja i postkomunizm – postanawiam wytłumaczyć zarówno jemu, jak i wielu zdezorientowanym moim rodakom.
Smoleńsk jako nowoczesny Katyń
Pytanie: „Ale jaki motyw mogła mieć Rosja?” – pada częściej w nocnych Polaków rozmowach niż w mediach. „Żaden, bo przecież Lechowi Kaczyńskiemu niebawem kończyła się kadencja, a szanse na reelekcję miał raczej niewielkie” – podpowiadają te ostatnie.
Odpowiedź, której sami sobie udzielamy, też bywa błędna lub niepełna. Celem Rosji nie była tylko likwidacja prezydenta Lecha Kaczyńskiego ani samo uderzenie w Polskę. W takim razie co?
Ratując w 2008 r. pod przywództwem Lecha Kaczyńskiego Gruzję, kraje naszego regionu pierwszy raz od II wojny światowej zachowały się tak, jakby były pełnoprawnymi, zachodnimi państwami, a nie satelitami Moskwy. Obok polskiego prezydenta stał przywódca Ukrainy.
Rosja nie chciała w swojej strefie wpływów ani niepodległych narodów zabiegających o swoje interesy, ani zachodnich standardów. W szczególności zaś nie chciała sojuszu polsko-ukraińskiego. Polska i jej sojusznicy nie byli dla Rosji największym kłopotem na świecie, ale znaczącym regionalnym zagrożeniem.
Moskwa rozwiązała to zagrożenie w sposób typowy dla swojej polityki od wieków, natomiast dostosowany do czasów internetu i masowych mediów.
Smoleńsk był demonstracją, odpowiedzią Rosji: jesteście tylko postkolonialnymi byłymi demoludami, skoro prezydenta Polski, która miała aspiracje wam przewodzić, można bezkarnie zabić. I zarówno jego naród, jak i zachodni sojusznicy nie ruszą w tej sprawie palcem. I pamiętajcie, że tego, kto będzie podskakiwał, spotka ten sam los.
Rosja Putina prowadzi konsekwentną operację na rzecz podporządkowywania sobie dawnego bloku wschodniego i Smoleńsk był jej – jak wykażemy – logicznym elementem.
Ci, którzy nie wierzyli w zamach, wysuwali zaraz po katastrofie argument, że byłby on dla Rosji zbyt ryzykowny. Cztery lata po 10 kwietnia wiemy już, że to nieprawda. Nawet ci, którzy twierdzą, że zamachu nie było, muszą przyznać, że Rosja jeśli tylko chciała, mogła go zorganizować. Międzynarodowa komisja w tej sprawie nie powstała. Moskwa ma nadal główne dowody w swoich rękach.
Smoleńsk to był nowoczesny Katyń. Przygotowywany powoli, starannie, konsekwentnie i wszechstronnie. A jego sprawstwo zostało zamaskowane metodami, które są w użyciu w Rosji na co dzień, przy okazji zabójstw niewygodnych dziennikarzy czy działaczy praw człowieka.
Tekst niniejszy służyć ma wyjaśnieniu, dlaczego i jak przygotowano tę zbrodnię.
Bunt Europejczyków drugiej kategorii
Do pełnego zrozumienia, czym był Smoleńsk, jakie były jego przyczyny, przebieg i skutki, niezbędna jest wiedza z trzech dziedzin.
Po pierwsze, systematyczne obserwowanie niezależnych śledztw dziennikarskich, naukowych konferencji, prac sejmowego zespołu. I obiektywne konfrontowanie ich dorobku z propagandą Rosjan i rządu Tuska. Wniosek: robi to niewielka część Polaków.
Po drugie, znajomość metod imperium rosyjskiego w podboju świata. Sposobów doprowadzania do rozkładu państw, które Moskwa chce podbić lub zwasalizować. Zupełnie odmiennych od europejskich. W szczególności przydatna jest tu znajomość dorobku polskich sowietologów i znawców Rosji z czasów II RP i antykomunistycznej emigracji, w czasach zimnej wojny zatrudnianych przez Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu. Wniosek: zrozumienie rosyjskich metod jest wśród Polaków niewielkie i raczej instynktowne. Na pewno dużo mniejsze niż w XIX wieku czy w czasach PRL.
Po trzecie, znajomość technologii morderstw politycznych, będących codziennością we współczesnej Rosji. Od początków, czyli PR-owych przygotowań, po schematy ich tuszowania. Wniosek: niewielu Polaków czytało Politkowską czy Litwinienkę. I znów: mają oni tylko potoczną, instynktowną wiedzę, że w Rosji władza jest bezkarna.
Z tych trzech punktów wynika więc, że jakkolwiek większość Polaków nie wierzy Rosji, bo wie, co to komuna i KGB, to jednocześnie nie rozumie, jakiej operacji została poddana.
By zrozumieć, jak niepokojące było dla Rosji to, co stało się w Gruzji, cofnijmy się do historycznego obrazka opisanego w powieści „Kontra” Józefa Mackiewicza. Jest to książka o losach żołnierzy z narodów leżących na wschód od Polski. Podczas wojny walczyli przeciwko Związkowi Sowieckiemu, a potem – jako członkowie narodów drugiej kategorii – zostali wydani przez cywilizowany Zachód w ręce Stalina.
Gdy w Tbilisi obok polskiego prezydenta i z jego inicjatywy stanęli prezydenci Ukrainy, Litwy i Estonii oraz premier Łotwy, by zatrzymać rosyjskie czołgi, przełamany został ten fatalizm historii. Oto narody drugiej kategorii pierwszy raz zachowały się jak narody z tej lepszej Europy.
1989 r. nie był dla Moskwy takim szokiem. Po pierwsze, przegrywała z Ameryką Reagana, a nie z satelitami, w większości których opozycja była słaba. Po drugie, mniej lub bardziej sprawnie kontrolowała wymuszony na niej proces transformacji.
W 2008 r. inicjatywa postawienia się Moskwie wyszła od byłych demoludów, a nie ze „starego” Zachodu.
„Istota siły rosyjskiej”
Metody pacyfikowania buntowników Rosjanie mają wypracowane od wieków. W swoim głośnym artykule „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” wybitny polski znawca Rosji Włodzimierz Bączkowski przytaczał książkę „Operacja warszawska” Borysa Szaposznikowa, profesora sowieckich uczelni, autora wojskowego planu sowieckiej napaści na Polskę z 1939 r.
Książka dotyczyła wojny z 1920 r. Zdaniem Szaposznikowa, główną przyczyną porażki nie było wcale złe uzbrojenie armii, ale błędna ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce. „Przeceniliśmy zrewolucjonizowanie wewnętrznej sytuacji w Polsce w tym okresie. Ta przesada w ocenie sytuacji w Polsce znalazła swój wyraz w nadmiernej, tzn. nieuzgodnionej z naszymi możliwościami, ofensywnej operacji” – pisał. Dowodził, że najważniejsze jest, by – zgodnie z rosyjską szkołą – wroga „spreparować” tak, żeby go można było „gołymi rękami wziąć” – „szapkami zakidat”.
Bączkowski tłumaczył, że Zachód nie potrafi skutecznie przeciwstawiać się Moskwie, bo błędnie uważa ją za podobne sobie państwo europejskie. Tymczasem Rosja jest powierzchownie powleczonym europejskością państwem azjatyckim, czerpiącym wojenną strategię od Czyngis-chana i Chińczyków.
Istotą jej siły nie jest wcale nowoczesna armia, bo takiej Moskwa nigdy nie miała, lecz rozkładanie wewnętrzne państ