... jeszce nie bylo..
WITAM WSZYSTKIE CIĘŻARÓWECZKI
15.09.2007 r. o godzinie 21.20 przyszła na świat moja śliczna
córeczka Lenka. Urodziła się duża bo 3950 gram i 55 cm. Nie byłoby w
tym raczej nic dziwnego, bo ciąża przeważnie kończy się porodem
gdyby nie fakt jak ten poród wyglądał. Chcę się z Wami tym
podzielić, ponieważ nigdzie indziej na forach nie spotkałam się z
taką historią, z takim podejściem do rodzącej, z taką opieką, z
takim zaangażowaniem położnych, z takim komfortem itd itd. A cały
ten cud zaczął się tak...
...15.09. o 6 rano obudziły mnie dosyć mocne bóle brzucha. Ból był
do wytrzymania jednak regularny co 2 minuty. Starałam się być
dzielna i nie panikować. Zakodowałam sobie w główce, że panika do
niczego nie prowadzi, i że lepiej pojechać do szpitala później niż
za wcześnie. Pojechaliśmy wiec na KTG o 12,00, a tam jak ręką odjął.
Zero skurczy, zero bóli. Położna Sabina bo tak miała na imię śmiała
się, że się wystraszyłam i podświadomie odstraszyłam skurcze. Kazała
nam wracać do domku i przyjechać o 16,00 po uprzedniej kąpieli i
mocnej fusiastej kawie.
Momentalnie kiedy przekroczyliśmy z narzeczonym próg mieszkania bóle
wróciły tyle że silniejsze i dodatkowo od kręgosłupa. Sebastian bo
tak ma na imię narzeczony masował więc ile się dało kręgosłup, a ja
podskakiwałam jakbym weszła w mrowisko. Tylko to przynosiło mi ulgę.
Za radą położnej Sabiny wzięłam długą kąpiel i wypiłam mocną kawę.
O 16,00 zabraliśmy spakowaną torbę i pojechaliśmy rodzić. Byłam
przerażona. To mój pierwszy poród a należę do grupy panikar
pierwszego stopnia do tego zupełnie nieodpornych na ból. To co
zastałam jednak na miejscu przerosło moje najśmielsze oczekiwania.
Wiedziałam, że będzie inaczej bo 9 miesięcy chodziłam do tej kliniki
do lekarza prowadzącego. Widziałam że klinika ta różni się „NIECO”
od zwykłych szpitali. Wiedziałam że będzie wyjątkowo bo to nie
państwowy szpital ale prywatna klinika położniczo-ginekologiczna
ale w najśmielszych snach nie przypuszczałam że narodziny mojej
córeczki staną się najwspanialszym i najbardziej mistycznym
przeżyciem w moim życiu. Po zrobieniu mi lewatywy ok. 17.00
trafiliśmy do pokoju w którym zgaszono światła, zapalono świece, a z
radia wydobywała się muzyka. Wanna była pełna ciepłej wody. Przyszły
dwie położne Sabina i Kasia. Sabina przedstawiła się jako osoba
która poprowadzi mój poród. Kasię znałam wcześniej. Dostałam jej
numer gadu gadu od koleżanki która wcześniej rodziła w tej klinice.
Kasia mimo że nie miała wtedy być w pracy, gdy dowiedziała się ze
rodzę specjalnie przyjechała. Nigdy wcześniej jej tego nie
proponowałam. Po prostu się zjawiła. To otwarta i pozytywnie
nastawiona do świata i ludzi kobietka, która nad wszystko kocha
swoją pracę. Sabina z kolei to ciepła i troskliwa dziewczyna, która
swoim uporem i determinacją sprawiła, że wszystko w końcu się udało
i mimo że bolało okrutnie to swoją osobą dawała ogromne poczucie
bezpieczeństwa i ogromne wsparcie. A nie było łatwo. Ale po kolei...
Zobaczywszy wannę weszłam do niej i to było naprawdę coś. Ciepła
woda sprawiła, że skurcze osłabły na tyle abym mogła zregenerować
siły do dalszej walki. Od razu pragnę zaznaczyć że skurcze ( faza I
i II porodu) są spoko do wytrzymania przynajmniej jeśli chodzi o
mnie. Mimo wszystko jednak zdecydowałam się na znieczulenie
zewnątrzoponowe. I przynajmniej w moim przypadku to był błąd. Moje
wyobrażenie o znieczuleniu było takie, że gdy już się je otrzyma to
ból minie i do końca porodu będzie już bezboleśnie i w ogóle jak w
raju. Byłam baaardzo naiwna Prawda bowiem okazała się zupełnie
inna. Znieczulenie spowodowało że rozwarcie stanęło w miejscu i
działało tylko 1,5 godziny. Aby przyspieszyć rozwarcie podano mi
oksytocynę która zaczęła działać kiedy przestało działać
znieczulenie. Bóle wywołane oksytocyną były diabelnie mocne i był
moment że myślałam że będę chodzić po ścianie. Momentami zdawało mi
się że nadszedł mój koniec i że niebawem umrę. Mój narzeczony był
jednak silniejszy ode mnie i ciągle krzyczał żebym była silna żebym
się nie poddawała. Skakałam więc na piłce, leżałam w ciepłej wodzie.
Na szczęście trwało to niedługo bo szybko okazało się ze mam
wymagane do porodu rozwarcie i że za chwile zacznę rodzić. Nagle
wokół mnie znalazło się 7 osób. Mój narzeczony trzymał mnie za lewą
rękę, pani anestezjolog za prawą rękę, dwie położne Sabina i Kasia
przy kroczu i druga pani anestezjolog z boku, pediatra za mną i
lekarz prowadzący z doskoku (jeśli kogos pominęłam to z góry
przepraszam

. Zaczęły się bóle parte i jak dla mnie one były
najgorsze. Lenka miała niespełna 4 kg i nie umiałam jej zwyczajnie z
siebie wypchnąć. Sabina pomagała jak tylko umiała, Kasia
krzyczała „Go Lena go” jednak ja już po prostu nie miałam siły aby
przeć na tyle mocno, żeby Lenka wyszła. Wtedy Sabina poprosiła żebym
zeszła z łóżka i kucnęła na ziemi. Złapała mnie pod ramiona, a
dłońmi rozszerzyła nogi. Napierając całym ciężarem swojego ciała na
moje plecy poleciła żebym zaczęła przeć. Ta pozycja wertykalna
spowodowała że moja kruszyna zeszła niżej. I wtedy w radiu
usłyszałam piosenkę. Naszą piosenkę tzn moją i Sebastiana. Piosenkę
z czasów kiedy się poznaliśmy sprzed 12 laty. Czyż to nie cud?
Nie miałam nawet siły żeby na niego spojrzeć i upewnić się że i on
ją słyszy, ale poczułam w sobie jakąś niezwykłą moc. Gdzieś w sobie
podjęłam decyzję, że teraz się uda, że za chwilę urodzę. Po kilku
takich parciach w pozycji wertykalnej wróciłam na łóżko i po paru
mocnych pchnięciach oraz pomocy lekarza prowadzącego w postaci
delikatnego nacięcia Lenka wyskoczyła (nacięcie NIC nie boli).
W momencie jak tylko wyszła i położono mi ją na brzuchu cała trauma
i ból porodowy minął. Mała zachłysnęła się wodami płodowymi i
musiano mi ją na godzinę zabrać aby oczyścić jej drogi oddechowe. W
radiu ciągle jeszcze brzmiała TA piosenka kiedy położono mi Lenkę na
brzuszku. Popłynęły łzy szczęścia. Sebastian do dzisiaj twierdzi, że
to był najwspanialszy moment jego życia i że mimo że powinien być
wtedy na meczu (jest piłkarzem) to żaden mecz, żaden puchar i żadna
ilość zdobytych bramek nie byłaby w stanie uczynić go tak
szczęśliwym jak fakt że mógł brać udział w czymś tak niezwykłym jak
przyjście na świat jego córeczki. W jednej z gazet ukazał się nawet
artykuł zatytułowany „Na porodówkę zamiast na mecz” Kiedy Pan
doktor później mnie szył (szycie również NIC nie boli, lekarz podaje
bowiem znieczulenie miejscowe) byłam już na tyle przytomna i pełna
sił, że prowadziliśmy konwersacje na tematy związane z wychowaniem
dzieci. Musiało to śmiesznie wyglądać dla kogoś z boku. Kobieta z
rozwalonymi na za piętnaście trzecia nogami a w jej kroczu facet
(przystojny facet

z igłą i nitką i ich swobodna konwersacja hihi.
Ok. godziny 24,00 przewieziono mnie do mojego pokoju. Pokój
jednoosobowy z łazienką i telewizorem plazmowym oraz sterowanym na
pilota łóżkiem. I tu znowu spotkała nas przemiła niespodzianka.
Położne Sabina i Kasia przywiozły również łóżko dla Sebastiana
żebyśmy mogli spać razem i żeby Sebastian nie musiał wracać do domu.
Lenka została na noc z położnymi żebyśmy mogli się wyspać i
odpocząć. Pamiętam że rozmawialiśmy do 3 w nocy zanim usnęliśmy. W
sumie na Łubinowej w Katowicach spędziliśmy 4 dni. 4 ponieważ
okazało się że mała ma żółtaczkę. Przez całe te 4 dni Sebastian spał
tam ze mną. Można powiedzieć że przez 4 dni mieszkaliśmy w klinice.
Jedzenie jakie nam serwowano było wyśmienite. Wszystko z myślą o
matkach karmiących. Codziennie moją kruszynę oglądał i badał
doskonały pediatra. Jeśli sobie życzyliśmy to mogliśmy dzidziusia
oddać na część nocy położnym aby się przespać. Myślę że nawet gdybym
zdecydowała się na poród w dom