Dodaj do ulubionych

smutny kraj.......................................

04.11.02, 02:25
facet ma rację - w 100% zawsze darzyłem go wielką estymą. jeśli ktoś ma wolną
chwilę, warto przeczytać (nie tylko o radiu)


To jest smutny kraj - wywiad z prezesem RMF
04.11.2002
Rozmowa ze Stanisławem Tyczyńskim, prezesem Radia RMF

Rzeczpospolita: To pan wymyślił Jerzego Stuhra do kampanii reklamowej RMF?

STANISŁAW TYCZYŃSKI: Tak mówią.

Dlaczego sięgnął pan po tak wyrazistego aktora, mającego swój image, ale i
swoje lata, "obsadzając" go w dość nietypowej, jakże charakterystycznej roli?
A właściwie w rolach, bo wciela się w kilka postaci.

On się obsadził sam. Cała koncepcja kampanii wyszła od nas, ale Jerzy Stuhr
swoje piętno też na niej odcisnął, bo współreżyserował te reklamówki. Gra
przy tym tak wiele postaci; niewątpliwie wykonał ogromną pracę.

Jedno jest oczywiste: przy okazji tej kampanii wbiliście panowie ostrą szpilę
tzw. klasie politycznej.

Klasa polityczna? Nie znam takiego pojęcia. Znam kilka kobiet z klasą, ale o
takiej nie słyszałem.

Chyba słuchacza nie chciał pan pstryknąć w nos?

Oczywiście że chciałem. Przecież to, jakich mamy polityków, najwięcej mówi o
nas samych. Proszę zwrócić uwagę na pewien fenomen. Po każdych kolejnych
wyborach niedawni jeszcze wyborcy nowo wybranych posłów i senatorów
nazywają "oni". A "oni" do parlamentu nie dostają się z boskiego pomazania.
Ten wspólny mianownik utrzymuje się od czasów komuny. Wszystko jedno, czy
czarna hołota, czy czerwona hołota, to są "oni". Kiedyś na to, jacy "oni"
byli, nie mieliśmy wpływu. Dzisiaj wprawdzie mamy na to wpływ, ale
kolejni "oni" udowadniają nam, że nie opłaca się wybierać. I to w sytuacji, w
której naród nie ma w Sejmie swojej reprezentacji inteligenckiej. I to od
dawna. A wtedy, kiedy ją miał, oczywiście mówię jeszcze o czasach Unii
Demokratycznej, zdradziła ona swoich wyborców. W efekcie inteligencja nie ma
swojej reprezentacji w Sejmie. Żadnej.

(...)

Czyli niezależna prasa, radio czy telewizja mają być automatycznie opozycyjne
wobec władzy?

Oczywiście, że tak.

Po to, żeby zachować równowagę?

Tak. Zwłaszcza wtedy, kiedy opozycja praktycznie nie istnieje. I tu, na miły
Bóg, nie chodzi o to, czy ja dobrze rozumiem demokrację, bo być może nie
rozumiem jej. Zawsze w podobnych przypadkach zadaję sobie pytanie: kto daje
nam legitymację do takiego stawiania spraw. Odpowiedź jest prosta: tej stacji
każdego dnia słucha 8,5 miliona ludzi. Widocznie podzielają nasz pogląd na
polską rzeczywistość i czasem, podobnie jak my, przymrużają przy tym oko.

Czy nie boi się pan, że słuchacz, który mrużyć będzie oko do polityki, nigdy
już nie potraktuje jej inaczej? Czyli głosować będzie coraz mniej ludzi,
reprezentacja społeczeństwa będzie więc coraz bardziej fikcyjna.

Oczywiście, no i co z tego?

To, że opozycja parlamentarna z prawdziwego zdarzenia nigdy się nie
ukształtuje.

Nie nazywajmy tego opozycją, musi istnieć po prostu mechanizm kontrolny. W
małżeństwie można się pomylić, ma wtedy człek kochankę, bierze rozwód, żyje
na kocią łapę. Dróg wyjścia jest wiele. Z władzą zaś nie można się rozejść
przez co najmniej najbliższe cztery lata. W tym momencie społeczeństwu do
obrony pozostają tylko media. Przy czym prawdą jest, że ich słabość w Polsce
jest w skali europejskiej wyjątkowa. To oddzielny temat, media w Polsce są
nieskuteczne.

Kogo pan ma na myśli?

Nas wszystkich. Tak dla przykładu: jeżeli "Gazeta Wyborcza" opowiada się po
stronie bardzo konkretnej orientacji światopoglądowo-politycznej i ta
formacja z kretesem przegrywa wybory, to o czym to świadczy? Proszę zwrócić
uwagę, kogo poprze "Gazeta Wyborcza", ten przegrywa wybory. Na marginesie:
może właśnie dlatego czerwoni tak histerycznie boją się Agory.

I dlatego pańskie radio nie popiera nikogo?

Nie tylko, choć także z tego powodu.

Czy jest ktoś, do kogo czuje pan większą niechęć niż do Włodzimierza
Czarzastego?

Ależ ja nie czuję do niego niechęci. To nie jest człowiek, który pociąga za
sznurki. Ot, taka milleretka od wykonywania poleceń Millera, bo to tamten
podejmuje decyzje. Nie mam stosunku emocjonalnego do faceta, bo mieć nie
mogę. Większe emocje wywołuje we mnie parkingowy na placu Trzech Krzyży,
który przychodzi mnie opieprzać za to, że źle zaparkowałem samochód. On
rzeczywiście coś może - przynajmniej zarządza tym parkingiem.

Swoją drogą nie za rzadko pan bywa w Warszawie? W Małopolsce RMF ma znacznie
więcej słuchaczy.

I co z tego?

To, że może tak duży interes, największy biznes krakowski, wielkie radio
trudno prowadzić z daleka od Warszawy czy - jak kto woli - warszawki.

Nie tylko z daleka od Warszawy znakomicie prowadzi się interes, z daleka od
Krakowa prowadzi się jeszcze lepiej i dlatego uciekamy pod Kraków. Z tych
samych powodów, przez które mamy problemy w Warszawie, mamy je i w Krakowie.

(...)

Ale pańska zawodowa kariera też ma jakiś swój początek. Gdzieś w Nowej Hucie,
jakieś radio podziemne...

Była taka operetka w 1981 roku. Nazywało się to wtedy wojną polsko- -
jaruzelską. Opozycja była śmieszna, ale chciała mieć swoje radio. Z kolegą
przypadkowo dysponowaliśmy nadajnikiem. Ktoś w Krakowie musiał nadawać, więc
byłem potrzebny. Już wtedy chodziło o to samo. Napuszone teksty, płaczliwie,
na klęczkach. Jaja nie z tej ziemi.

Ale chciał pan robić radio?

Chciałem, to prawda. Pojawiła się taka możliwość w 1989 roku i myśmy z niej
skorzystali. To radio miało trwać sześć miesięcy. Ruszyliśmy 15 stycznia 1990
roku i wszyscy byli święcie przekonani, że to na sześć miesięcy, później
przeszło kolejnych sześć, kolejnych sześć i tak już zostało.

A teraz co?

Teraz to już radio robi się samo.

Powiedział pan kiedyś, że działania SLD zmierzają do podporządkowania sobie
mediów w Polsce. Czy pańskim zdaniem jest to w ogóle realne w systemie,
jakkolwiek byśmy nań patrzyli, demokratycznym? Choćby to była kulawa
demokracja.

Przy takim skundleniu mediów - tak. Przy tak potężnym partykularyzmie - tak.
Przy takiej niewierze we własne siły - absolutnie tak.

Czy dobrze rozumiemy pana, że ma pan żal do innych mediów, iż nie dość
energicznie przeciwstawiają się władzy?

Tak. Na początku tego roku ostrzegałem, byśmy nie doprowadzili do sytuacji, w
której media staną się petentem władzy. Opracowujemy kolejne projekty,
piszemy kolejne listy do premiera, wysyłamy kolejne prośby i nic z tego nie
wynika. Czerwoni działają metodą faktów dokonanych. Kolejne ustawy
sankcjonują tylko to, co już się stało, co się dzieje. Żeby zabronić nam
rozszczepiania sygnału albo żeby cofnąć koncesję, na przykład dla Radia Blue,
niepotrzebna była żadna ustawa. Prawo ma legalizować to, co politycy zdążyli
nabroić.

Czy dlatego RMF nie wróciło po wakacjach do rozmów z politykami, bo pan ma
dosyć polityków? Czy może uważa pan, że to słuchacze mają ich dość?

Ja nie uważam - ja wiem. Dwanaście miesięcy temu, bez względu na to, jak
wyglądały ekipa rządząca i opozycja, te rozmowy jeszcze miały sens. Coś
jeszcze polaryzowało się na naszych oczach. Dzisiaj, chcąc prowadzić rozmowy
o polityce, na przemian ma pan gościa albo z Samoobrony albo z SLD. Ale my
nie jesteśmy radiem ekipy rządowej, a opozycja nie istnieje. Od rozmów z SLD
i Samoobroną są media rządowe. Telewizja rządowa, radio rządowe w tym
zakresie fantastycznie swoją misję wypełniają. Dlaczego my mamy stanowić
konkurencję? Do cholery, niech wiem, za co płacę abonament.

Zetka prowadzi jednak rozmowy polityczne.

To ich sprawa, ale niech każdy robi, co uważa za stosowne. Dla mnie to jest
idiotyzm: po co, w imię czego, co te rozmowy zmieniają?

Pamiętamy, jak zaczynało RMF. Wydaje się, że swój program adresowaliście
przede wszystkim do młodych, może nawet bardzo młodych inteligentnych ludzi:
skorych do żartów, trochę zakręconych. Program wasz się jednak zmienia,
dostosowuje się do wymagań rynku, ro
Obserwuj wątek
    • gatsby_ck Re: smutny kraj - teraz jest OK (całość) 04.11.02, 02:31
      To jest smutny kraj - wywiad z prezesem RMF
      04.11.2002
      Rozmowa ze Stanisławem Tyczyńskim, prezesem Radia RMF

      Rzeczpospolita: To pan wymyślił Jerzego Stuhra do kampanii reklamowej RMF?

      STANISŁAW TYCZYŃSKI: Tak mówią.

      Dlaczego sięgnął pan po tak wyrazistego aktora, mającego swój image, ale i
      swoje lata, "obsadzając" go w dość nietypowej, jakże charakterystycznej roli? A
      właściwie w rolach, bo wciela się w kilka postaci.

      On się obsadził sam. Cała koncepcja kampanii wyszła od nas, ale Jerzy Stuhr
      swoje piętno też na niej odcisnął, bo współreżyserował te reklamówki. Gra przy
      tym tak wiele postaci; niewątpliwie wykonał ogromną pracę.

      Jedno jest oczywiste: przy okazji tej kampanii wbiliście panowie ostrą szpilę
      tzw. klasie politycznej.

      Klasa polityczna? Nie znam takiego pojęcia. Znam kilka kobiet z klasą, ale o
      takiej nie słyszałem.

      Chyba słuchacza nie chciał pan pstryknąć w nos?

      Oczywiście że chciałem. Przecież to, jakich mamy polityków, najwięcej mówi o
      nas samych. Proszę zwrócić uwagę na pewien fenomen. Po każdych kolejnych
      wyborach niedawni jeszcze wyborcy nowo wybranych posłów i senatorów
      nazywają "oni". A "oni" do parlamentu nie dostają się z boskiego pomazania. Ten
      wspólny mianownik utrzymuje się od czasów komuny. Wszystko jedno, czy czarna
      hołota, czy czerwona hołota, to są "oni". Kiedyś na to, jacy "oni" byli, nie
      mieliśmy wpływu. Dzisiaj wprawdzie mamy na to wpływ, ale kolejni "oni"
      udowadniają nam, że nie opłaca się wybierać. I to w sytuacji, w której naród
      nie ma w Sejmie swojej reprezentacji inteligenckiej. I to od dawna. A wtedy,
      kiedy ją miał, oczywiście mówię jeszcze o czasach Unii Demokratycznej,
      zdradziła ona swoich wyborców. W efekcie inteligencja nie ma swojej
      reprezentacji w Sejmie. Żadnej.

      (...)

      Czyli niezależna prasa, radio czy telewizja mają być automatycznie opozycyjne
      wobec władzy?

      Oczywiście, że tak.

      Po to, żeby zachować równowagę?

      Tak. Zwłaszcza wtedy, kiedy opozycja praktycznie nie istnieje. I tu, na miły
      Bóg, nie chodzi o to, czy ja dobrze rozumiem demokrację, bo być może nie
      rozumiem jej. Zawsze w podobnych przypadkach zadaję sobie pytanie: kto daje nam
      legitymację do takiego stawiania spraw. Odpowiedź jest prosta: tej stacji
      każdego dnia słucha 8,5 miliona ludzi. Widocznie podzielają nasz pogląd na
      polską rzeczywistość i czasem, podobnie jak my, przymrużają przy tym oko.

      Czy nie boi się pan, że słuchacz, który mrużyć będzie oko do polityki, nigdy
      już nie potraktuje jej inaczej? Czyli głosować będzie coraz mniej ludzi,
      reprezentacja społeczeństwa będzie więc coraz bardziej fikcyjna.

      Oczywiście, no i co z tego?

      To, że opozycja parlamentarna z prawdziwego zdarzenia nigdy się nie
      ukształtuje.

      Nie nazywajmy tego opozycją, musi istnieć po prostu mechanizm kontrolny. W
      małżeństwie można się pomylić, ma wtedy człek kochankę, bierze rozwód, żyje na
      kocią łapę. Dróg wyjścia jest wiele. Z władzą zaś nie można się rozejść przez
      co najmniej najbliższe cztery lata. W tym momencie społeczeństwu do obrony
      pozostają tylko media. Przy czym prawdą jest, że ich słabość w Polsce jest w
      skali europejskiej wyjątkowa. To oddzielny temat, media w Polsce są
      nieskuteczne.

      Kogo pan ma na myśli?

      Nas wszystkich. Tak dla przykładu: jeżeli "Gazeta Wyborcza" opowiada się po
      stronie bardzo konkretnej orientacji światopoglądowo-politycznej i ta formacja
      z kretesem przegrywa wybory, to o czym to świadczy? Proszę zwrócić uwagę, kogo
      poprze "Gazeta Wyborcza", ten przegrywa wybory. Na marginesie: może właśnie
      dlatego czerwoni tak histerycznie boją się Agory.

      I dlatego pańskie radio nie popiera nikogo?

      Nie tylko, choć także z tego powodu.

      Czy jest ktoś, do kogo czuje pan większą niechęć niż do Włodzimierza
      Czarzastego?

      Ależ ja nie czuję do niego niechęci. To nie jest człowiek, który pociąga za
      sznurki. Ot, taka milleretka od wykonywania poleceń Millera, bo to tamten
      podejmuje decyzje. Nie mam stosunku emocjonalnego do faceta, bo mieć nie mogę.
      Większe emocje wywołuje we mnie parkingowy na placu Trzech Krzyży, który
      przychodzi mnie opieprzać za to, że źle zaparkowałem samochód. On rzeczywiście
      coś może - przynajmniej zarządza tym parkingiem.

      Swoją drogą nie za rzadko pan bywa w Warszawie? W Małopolsce RMF ma znacznie
      więcej słuchaczy.

      I co z tego?

      To, że może tak duży interes, największy biznes krakowski, wielkie radio trudno
      prowadzić z daleka od Warszawy czy - jak kto woli - warszawki.

      Nie tylko z daleka od Warszawy znakomicie prowadzi się interes, z daleka od
      Krakowa prowadzi się jeszcze lepiej i dlatego uciekamy pod Kraków. Z tych
      samych powodów, przez które mamy problemy w Warszawie, mamy je i w Krakowie.

      (...)

      Ale pańska zawodowa kariera też ma jakiś swój początek. Gdzieś w Nowej Hucie,
      jakieś radio podziemne...

      Była taka operetka w 1981 roku. Nazywało się to wtedy wojną polsko- -
      jaruzelską. Opozycja była śmieszna, ale chciała mieć swoje radio. Z kolegą
      przypadkowo dysponowaliśmy nadajnikiem. Ktoś w Krakowie musiał nadawać, więc
      byłem potrzebny. Już wtedy chodziło o to samo. Napuszone teksty, płaczliwie, na
      klęczkach. Jaja nie z tej ziemi.

      Ale chciał pan robić radio?

      Chciałem, to prawda. Pojawiła się taka możliwość w 1989 roku i myśmy z niej
      skorzystali. To radio miało trwać sześć miesięcy. Ruszyliśmy 15 stycznia 1990
      roku i wszyscy byli święcie przekonani, że to na sześć miesięcy, później
      przeszło kolejnych sześć, kolejnych sześć i tak już zostało.

      A teraz co?

      Teraz to już radio robi się samo.

      Powiedział pan kiedyś, że działania SLD zmierzają do podporządkowania sobie
      mediów w Polsce. Czy pańskim zdaniem jest to w ogóle realne w systemie,
      jakkolwiek byśmy nań patrzyli, demokratycznym? Choćby to była kulawa
      demokracja.

      Przy takim skundleniu mediów - tak. Przy tak potężnym partykularyzmie - tak.
      Przy takiej niewierze we własne siły - absolutnie tak.

      Czy dobrze rozumiemy pana, że ma pan żal do innych mediów, iż nie dość
      energicznie przeciwstawiają się władzy?

      Tak. Na początku tego roku ostrzegałem, byśmy nie doprowadzili do sytuacji, w
      której media staną się petentem władzy. Opracowujemy kolejne projekty, piszemy
      kolejne listy do premiera, wysyłamy kolejne prośby i nic z tego nie wynika.
      Czerwoni działają metodą faktów dokonanych. Kolejne ustawy sankcjonują tylko
      to, co już się stało, co się dzieje. Żeby zabronić nam rozszczepiania sygnału
      albo żeby cofnąć koncesję, na przykład dla Radia Blue, niepotrzebna była żadna
      ustawa. Prawo ma legalizować to, co politycy zdążyli nabroić.

      Czy dlatego RMF nie wróciło po wakacjach do rozmów z politykami, bo pan ma
      dosyć polityków? Czy może uważa pan, że to słuchacze mają ich dość?

      Ja nie uważam - ja wiem. Dwanaście miesięcy temu, bez względu na to, jak
      wyglądały ekipa rządząca i opozycja, te rozmowy jeszcze miały sens. Coś jeszcze
      polaryzowało się na naszych oczach. Dzisiaj, chcąc prowadzić rozmowy o
      polityce, na przemian ma pan gościa albo z Samoobrony albo z SLD. Ale my nie
      jesteśmy radiem ekipy rządowej, a opozycja nie istnieje. Od rozmów z SLD i
      Samoobroną są media rządowe. Telewizja rządowa, radio rządowe w tym zakresie
      fantastycznie swoją misję wypełniają. Dlaczego my mamy stanowić konkurencję? Do
      cholery, niech wiem, za co płacę abonament.

      Zetka prowadzi jednak rozmowy polityczne.

      To ich sprawa, ale niech każdy robi, co uważa za stosowne. Dla mnie to jest
      idiotyzm: po co, w imię czego, co te rozmowy zmieniają?

      Pamiętamy, jak zaczynało RMF. Wydaje się, że swój program adresowaliście przede
      wszystkim do młodych, może nawet bardzo młodych inteligentnych ludzi: skorych
      do żartów, trochę zakręconych. Program wasz się jednak zmienia, dostosowuje się
      do wymagań rynku, robicie przecież państwo stosowne badania. Ale czy
      przypadkiem RMF nie starzeje się wraz ze swoimi słuchaczami?

      Nie. Ale rozmawi
      • gatsby_ck cd - qrcze, nawet to forum ma jakies limity... 04.11.02, 02:34

        Pamiętamy, jak zaczynało RMF. Wydaje się, że swój program adresowaliście przede
        wszystkim do młodych, może nawet bardzo młodych inteligentnych ludzi: skorych
        do żartów, trochę zakręconych. Program wasz się jednak zmienia, dostosowuje się
        do wymagań rynku, robicie przecież państwo stosowne badania. Ale czy
        przypadkiem RMF nie starzeje się wraz ze swoimi słuchaczami?

        Nie. Ale rozmawiamy o zupełnie nowej stacji radiowej, jaką RMF jest od września
        zeszłego roku. To, co czerwony nam zrobił, zabraniając tego, co było naszym
        głównym wyróżnikiem, czyli rozszycia lokalnego, zadecydowało o zlikwidowaniu
        odmienności tego programu.

        Musiał pan zrezygnować z lokalności?

        Tak. I przez cały czas uczymy się tego nowego radia, czy raczej nowego
        fenomenu. Nie znam podręcznika, w którym byłoby napisane, jak robi się radio
        ogólnokrajowe spoza centrum decyzyjnego. Europejskie stacje komercyjne o
        charakterze ogólnokrajowym nadają ze stolicy, z serca tego, co dzieje się w
        państwie. Dlatego różnica między nami a konkurencją istnieje od samego
        początku. Wiedziałem, że - nadając z Krakowa - musimy sięgnąć po coś zupełnie
        innego, musimy postawić na lokalność, i ten człowiek od Millera, jak on się
        nazywał?

        Czarzasty.

        Właśnie. On mi zapowiedział: "wy bez rozszyć się wyłożycie". Ale jakoś jeszcze
        się nie wyłożyliśmy, w takim sensie, że nie mogą nam zabrać wszystkiego.
        Opowiedziałem mu kiedyś anegdotkę: Minc z Bierutem siedzą pod polskim godłem i
        zastanawiają się, co by w nim jeszcze zmienić, co poprawić. Koronę już
        zdjęliśmy - powiada Bierut - może coś z tym jego upierzeniem zrobimy. A na to
        orzeł: - Choćbyście wszystkie pióra mi z d... wyrwali, to i tak gwiazdą
        sowiecką nie zostanę. Oni byli święcie przekonani, że tę stację szlag trafi, bo
        w konfrontacji ogólnokrajowej, nadając spoza Warszawy, gdzieś z południa
        Polski, nie damy sobie rady, a tymczasem dajemy sobie radę nie najgorzej.

        Kiedyś pan zadeklarował, że gdyby tylko były takie możliwości, to najchętniej
        robiłby pan radio kulturotwórcze, udostępnił mikrofony wybitnym krakowskim
        artystom, nadawał poezję śpiewaną itd.

        Ja to robię. Mamy w Krakowie taką sympatyczną stacyjkę, która nazywa się Opera
        FM. Od lat staram się o rozszerzenie koncesji na Warszawę, Wrocław, Poznań,
        Gdańsk i, naturalnie, znakomite członki Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji -
        niestety, słowo "członki" musi tu paść - nie dają na to zgody. Subsydiujemy
        sobie tę krakowską stacyjkę bardzo przyjemnie i będziemy to robić, ale jakoś
        nikt nie dostrzega potrzeby, żeby w to królestwo popu i innych choler
        wprowadzić jakąś inną stację komercyjną. Nie ma tego typu ofert.

        O reklamy do takiego radia byłoby trudno.

        Opera FM od trzech miesięcy ma możliwość emitowania reklam i nie jest prawdą,
        że taka stacja nie może zarobić na siebie. Radio Opera steruje w krainę
        łagodności. Będą tam różne formy literackie, kabaret, musical, jakaś muzyka
        filmowa. Oczywiście, wykonania operowe. Chciałbym, żeby to było radio, w którym
        rano można usłyszeć "Zaczarowaną dorożkę" i nikogo to nie zdziwi.

        Daje panu to radio oddech?

        Cieszy mnie, że w tym obłędzie mogę zaproponować coś własnego. Dzisiaj
        utrzymanie Opery FM to jest kilkadziesiąt tysięcy złotych w skali miesiąca i na
        tego typu fantazje nas stać. I nie jest istotne, czy tego radia słucha 600 czy
        1200 osób. Naprawdę, nie ma to żadnego znaczenia. Ale gdybym nadawał ten
        program i do innych dużych miast, już byłoby piętnaście tysięcy, a to armia
        ludzi.

        Czy taktyka eseldowskich władz wobec takich mediów jak RMF polega na tym, żeby
        je zdusić, aby pies z kulawą nogą o nich nie pamiętał, czy raczej - jak nam się
        wydaje - ma na celu wymuszenie pewnych kompromisów?

        Tak naprawdę, to mogą nam już tylko "zabrać duszę", jak powiedział kiedyś
        minister Beck. A ponadto, no cóż, zawsze mogą zacząć strzelać.

        Pańskie radio przynosi wielkie zyski, ale też wymaga ogromnych wkładów.
        Najbardziej spektakularną akcją RMF w ostatnich latach była Inwazja Mocy. Jak
        pan z dzisiejszej perspektywy ocenia tę serię koncertów? Czy warte były tych
        pieniędzy?

        To była akcja dochodowa, przedsięwzięcie komercyjne. Dla słuchacza ważne były
        inne aspekty Inwazji Mocy. Ale rozmawiamy o dwóch różnych stacjach. Nasza
        rozmowa półtora roku temu wyglądałaby kompletnie inaczej.

        RMF - Radio, Muzyka, Fakty. W pierwszym okresie istnienia radia najważniejszy
        był chyba drugi człon hasła, później postawiliście państwo na fakty. Dzisiaj
        chcecie je sprawdzać?

        Tak, akcentujemy fakty. Rzecz polega na ich zbieraniu.

        I sprawdzaniu?

        Tak. Ale przez cały ubiegły rok przyszło nam się zmagać z promocją muzyki, więc
        to nie jest do końca prawda.

        Kiedyś deklarował pan niechęć do sportu i Kościoła. Co z tego zostało dzisiaj?
        Jeśli chodzi o Kościół, to ważne było dość ostentacyjne zmarginalizowanie na
        antenie RMF poprzedniej wizyty papieskiej. Nie ostatniej - poprzedniej.

        Nie wydaje mi się.

        Tak zostało to odebrane.

        Myślę, że tamta wizyta była relacjonowana na tyle, na ile powinna być
        relacjonowana wizyta głowy państwa watykańskiego w wolnym ideologicznie kraju.
        A sport to fajny gadżecik antenowy. Z badań wynika, że 3,6 procent słuchaczy
        jest zainteresowanych w radiu sportem. Gdyby nie to, że mamy fantastyczną
        ekipę, która świetnie potrafi wyżyć się w sporcie, w ogóle bym sport zdjął z
        anteny. A tak trzymamy ten gadżecik.

        Co w takim razie traktuje pan jako lokomotywę RMF?

        Wiedzą panowie: radio, muzykę, fakty. Przy czym radia jest coraz mniej.

        Jakiego radia?

        W ogóle. Radia w radiu jest coraz mniej.

        Czyli na przykład czego? Słuchowisk?

        Nie o tym mówię. Radia. Nie istnieje już radio autorów. Tu transformacja
        przebiegła za szybko. Radiofonia jest najbardziej skomercjalizowanym medium w
        Polsce. Stała się bardziej pozycją marketingową i socjologiczną, opartą raczej
        na badaniach niż na kreacji tworzących ją ludzi.

        Ale radiowcy...

        ...nie wiem, czy jest jeszcze takie pojęcie. Jeżeli ktokolwiek czuje się
        radiowcem w klasycznym znaczeniu, powinien natychmiast zmienić zawód.

        Czyli badania wskazują, że słuchacze radia autorskiego nie bardzo już
        potrzebują?

        Stało się źle. Stało się to za szybko, ale przyjść musiało. To całe oszalałe
        sformatowanie, dzielenie rynku słuchaczy itd., itd. Na komercjalizację składa
        się kilkaset czynników, ale, niestety, w efekcie radia autorskiego w Polsce już
        nie ma.

        Chyba pierwszym pańskim pomysłem na radio było to, że miało być żywe. I było
        takie, a w ślad za RMF i inni zaczęli robić coś podobnego. Rynek jednak przez
        cały czas się zmienia, słuchacze chcą czegoś innego. Żywe radio to już za mało.
        Trzeba myśleć naprzód, to jasne. Ale czy w radiu można jeszcze wymyślić coś
        nowego?

        Oczywiście, że tak. Z tym że - nad czym ubolewam - radio staje się bardziej
        medium formy niż treści. Wyłączywszy podawanie faktów, w całej reszcie programu
        treść jest wypierana przez formę. To jest proces światowy, związany również z
        postępem technologicznym. Proszę zwrócić uwagę, że radio jest linearne, a
        ludzkie postrzeganie linearne nie jest.

        Z żalem powiedział pan, że zanika radio autorskie, ale wydawać się może, iż RMF
        właśnie takim radiem jest, czy stara się być.

        Tak, ale wyłącznie jako dwudziestoczterogodzinna zintegrowana całość. Jedynie w
        takim rozumieniu RMF jest radiem autorskim. Minęły już czasy, gdy wrzucało się
        po kolei do studia siedem prowadzących osób, każda z nich miała własny pomysł i
        każdy z tych pomysłów się bronił. Takiej możliwości obecnie, niestety, nie ma.
        Niewątpliwie towarzysze z Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji temu zjawisku
        wybitnie pomogli. Czy opanowane przez nich sieci radiowe traktują jako tuby
        propagandowe? Nie. Im jest potrzebna tuba propagandowa? Nie. Im jest potrzebna
        kasa, także na wybory. Znakomicie sobie zdali sprawę, że główny kanał rządowej
        telewizji do propaga
    • gatsby_ck tu jest link...cholera mnie zaraz weźmie... 04.11.02, 02:37
      nawet watki w tym kraju reglamentowane...nie tylko prawda...

      www.wirtualnemedia.pl/index1.php?act=4&id_artykulu=1359&id_rubryki=2&id_podrubryki=11
      • Gość: flip ciekawe... IP: *.p.lodz.pl 04.11.02, 03:09
        No wlasnie? Bo nam sie wydaje, ze ten prezes to facet dosc przenikliwy, a moze
        nawet z klasa. Wszystko jedno czy lubi ta Lassote, czy nie.

        A poza tym to mile, ze jest chociaz jedno radio, ktore nie jest warszawskie.
    • gregry ...i w dupe warszawscy Towarzysze. 04.11.02, 03:18
      Jebani w dupę warszawscy Towarzysze.
      • Gość: Ojciec Prowadzący Re: ...i w dupe warszawscy Towarzysze. IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.02, 06:52
        gregry napisał:

        > Jebani w dupę warszawscy Towarzysze.

        no, to ładnie się Pan zaprezentował słuchaczom...
        • Gość: peteen Re: ...i w dupe warszawscy Towarzysze. IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 04.11.02, 07:15
          jednakowoż towarzysze napisał przez duże "t"...
          ;c)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka