gatsby_ck
04.11.02, 02:25
facet ma rację - w 100% zawsze darzyłem go wielką estymą. jeśli ktoś ma wolną
chwilę, warto przeczytać (nie tylko o radiu)
To jest smutny kraj - wywiad z prezesem RMF
04.11.2002
Rozmowa ze Stanisławem Tyczyńskim, prezesem Radia RMF
Rzeczpospolita: To pan wymyślił Jerzego Stuhra do kampanii reklamowej RMF?
STANISŁAW TYCZYŃSKI: Tak mówią.
Dlaczego sięgnął pan po tak wyrazistego aktora, mającego swój image, ale i
swoje lata, "obsadzając" go w dość nietypowej, jakże charakterystycznej roli?
A właściwie w rolach, bo wciela się w kilka postaci.
On się obsadził sam. Cała koncepcja kampanii wyszła od nas, ale Jerzy Stuhr
swoje piętno też na niej odcisnął, bo współreżyserował te reklamówki. Gra
przy tym tak wiele postaci; niewątpliwie wykonał ogromną pracę.
Jedno jest oczywiste: przy okazji tej kampanii wbiliście panowie ostrą szpilę
tzw. klasie politycznej.
Klasa polityczna? Nie znam takiego pojęcia. Znam kilka kobiet z klasą, ale o
takiej nie słyszałem.
Chyba słuchacza nie chciał pan pstryknąć w nos?
Oczywiście że chciałem. Przecież to, jakich mamy polityków, najwięcej mówi o
nas samych. Proszę zwrócić uwagę na pewien fenomen. Po każdych kolejnych
wyborach niedawni jeszcze wyborcy nowo wybranych posłów i senatorów
nazywają "oni". A "oni" do parlamentu nie dostają się z boskiego pomazania.
Ten wspólny mianownik utrzymuje się od czasów komuny. Wszystko jedno, czy
czarna hołota, czy czerwona hołota, to są "oni". Kiedyś na to, jacy "oni"
byli, nie mieliśmy wpływu. Dzisiaj wprawdzie mamy na to wpływ, ale
kolejni "oni" udowadniają nam, że nie opłaca się wybierać. I to w sytuacji, w
której naród nie ma w Sejmie swojej reprezentacji inteligenckiej. I to od
dawna. A wtedy, kiedy ją miał, oczywiście mówię jeszcze o czasach Unii
Demokratycznej, zdradziła ona swoich wyborców. W efekcie inteligencja nie ma
swojej reprezentacji w Sejmie. Żadnej.
(...)
Czyli niezależna prasa, radio czy telewizja mają być automatycznie opozycyjne
wobec władzy?
Oczywiście, że tak.
Po to, żeby zachować równowagę?
Tak. Zwłaszcza wtedy, kiedy opozycja praktycznie nie istnieje. I tu, na miły
Bóg, nie chodzi o to, czy ja dobrze rozumiem demokrację, bo być może nie
rozumiem jej. Zawsze w podobnych przypadkach zadaję sobie pytanie: kto daje
nam legitymację do takiego stawiania spraw. Odpowiedź jest prosta: tej stacji
każdego dnia słucha 8,5 miliona ludzi. Widocznie podzielają nasz pogląd na
polską rzeczywistość i czasem, podobnie jak my, przymrużają przy tym oko.
Czy nie boi się pan, że słuchacz, który mrużyć będzie oko do polityki, nigdy
już nie potraktuje jej inaczej? Czyli głosować będzie coraz mniej ludzi,
reprezentacja społeczeństwa będzie więc coraz bardziej fikcyjna.
Oczywiście, no i co z tego?
To, że opozycja parlamentarna z prawdziwego zdarzenia nigdy się nie
ukształtuje.
Nie nazywajmy tego opozycją, musi istnieć po prostu mechanizm kontrolny. W
małżeństwie można się pomylić, ma wtedy człek kochankę, bierze rozwód, żyje
na kocią łapę. Dróg wyjścia jest wiele. Z władzą zaś nie można się rozejść
przez co najmniej najbliższe cztery lata. W tym momencie społeczeństwu do
obrony pozostają tylko media. Przy czym prawdą jest, że ich słabość w Polsce
jest w skali europejskiej wyjątkowa. To oddzielny temat, media w Polsce są
nieskuteczne.
Kogo pan ma na myśli?
Nas wszystkich. Tak dla przykładu: jeżeli "Gazeta Wyborcza" opowiada się po
stronie bardzo konkretnej orientacji światopoglądowo-politycznej i ta
formacja z kretesem przegrywa wybory, to o czym to świadczy? Proszę zwrócić
uwagę, kogo poprze "Gazeta Wyborcza", ten przegrywa wybory. Na marginesie:
może właśnie dlatego czerwoni tak histerycznie boją się Agory.
I dlatego pańskie radio nie popiera nikogo?
Nie tylko, choć także z tego powodu.
Czy jest ktoś, do kogo czuje pan większą niechęć niż do Włodzimierza
Czarzastego?
Ależ ja nie czuję do niego niechęci. To nie jest człowiek, który pociąga za
sznurki. Ot, taka milleretka od wykonywania poleceń Millera, bo to tamten
podejmuje decyzje. Nie mam stosunku emocjonalnego do faceta, bo mieć nie
mogę. Większe emocje wywołuje we mnie parkingowy na placu Trzech Krzyży,
który przychodzi mnie opieprzać za to, że źle zaparkowałem samochód. On
rzeczywiście coś może - przynajmniej zarządza tym parkingiem.
Swoją drogą nie za rzadko pan bywa w Warszawie? W Małopolsce RMF ma znacznie
więcej słuchaczy.
I co z tego?
To, że może tak duży interes, największy biznes krakowski, wielkie radio
trudno prowadzić z daleka od Warszawy czy - jak kto woli - warszawki.
Nie tylko z daleka od Warszawy znakomicie prowadzi się interes, z daleka od
Krakowa prowadzi się jeszcze lepiej i dlatego uciekamy pod Kraków. Z tych
samych powodów, przez które mamy problemy w Warszawie, mamy je i w Krakowie.
(...)
Ale pańska zawodowa kariera też ma jakiś swój początek. Gdzieś w Nowej Hucie,
jakieś radio podziemne...
Była taka operetka w 1981 roku. Nazywało się to wtedy wojną polsko- -
jaruzelską. Opozycja była śmieszna, ale chciała mieć swoje radio. Z kolegą
przypadkowo dysponowaliśmy nadajnikiem. Ktoś w Krakowie musiał nadawać, więc
byłem potrzebny. Już wtedy chodziło o to samo. Napuszone teksty, płaczliwie,
na klęczkach. Jaja nie z tej ziemi.
Ale chciał pan robić radio?
Chciałem, to prawda. Pojawiła się taka możliwość w 1989 roku i myśmy z niej
skorzystali. To radio miało trwać sześć miesięcy. Ruszyliśmy 15 stycznia 1990
roku i wszyscy byli święcie przekonani, że to na sześć miesięcy, później
przeszło kolejnych sześć, kolejnych sześć i tak już zostało.
A teraz co?
Teraz to już radio robi się samo.
Powiedział pan kiedyś, że działania SLD zmierzają do podporządkowania sobie
mediów w Polsce. Czy pańskim zdaniem jest to w ogóle realne w systemie,
jakkolwiek byśmy nań patrzyli, demokratycznym? Choćby to była kulawa
demokracja.
Przy takim skundleniu mediów - tak. Przy tak potężnym partykularyzmie - tak.
Przy takiej niewierze we własne siły - absolutnie tak.
Czy dobrze rozumiemy pana, że ma pan żal do innych mediów, iż nie dość
energicznie przeciwstawiają się władzy?
Tak. Na początku tego roku ostrzegałem, byśmy nie doprowadzili do sytuacji, w
której media staną się petentem władzy. Opracowujemy kolejne projekty,
piszemy kolejne listy do premiera, wysyłamy kolejne prośby i nic z tego nie
wynika. Czerwoni działają metodą faktów dokonanych. Kolejne ustawy
sankcjonują tylko to, co już się stało, co się dzieje. Żeby zabronić nam
rozszczepiania sygnału albo żeby cofnąć koncesję, na przykład dla Radia Blue,
niepotrzebna była żadna ustawa. Prawo ma legalizować to, co politycy zdążyli
nabroić.
Czy dlatego RMF nie wróciło po wakacjach do rozmów z politykami, bo pan ma
dosyć polityków? Czy może uważa pan, że to słuchacze mają ich dość?
Ja nie uważam - ja wiem. Dwanaście miesięcy temu, bez względu na to, jak
wyglądały ekipa rządząca i opozycja, te rozmowy jeszcze miały sens. Coś
jeszcze polaryzowało się na naszych oczach. Dzisiaj, chcąc prowadzić rozmowy
o polityce, na przemian ma pan gościa albo z Samoobrony albo z SLD. Ale my
nie jesteśmy radiem ekipy rządowej, a opozycja nie istnieje. Od rozmów z SLD
i Samoobroną są media rządowe. Telewizja rządowa, radio rządowe w tym
zakresie fantastycznie swoją misję wypełniają. Dlaczego my mamy stanowić
konkurencję? Do cholery, niech wiem, za co płacę abonament.
Zetka prowadzi jednak rozmowy polityczne.
To ich sprawa, ale niech każdy robi, co uważa za stosowne. Dla mnie to jest
idiotyzm: po co, w imię czego, co te rozmowy zmieniają?
Pamiętamy, jak zaczynało RMF. Wydaje się, że swój program adresowaliście
przede wszystkim do młodych, może nawet bardzo młodych inteligentnych ludzi:
skorych do żartów, trochę zakręconych. Program wasz się jednak zmienia,
dostosowuje się do wymagań rynku, ro