woo-cash
14.08.06, 16:58
Witam krakowskich forumowiczów.
Ponieważ po wielu, wielu latach w końcu wybrałem się do Krakowa (bo
obiecywałem to sobie solennie już chyba od dekady), to starałem się jak
najwięcej tego miasta obejrzeć i "wchłonąć". Wprawdzie na zwiedzanie miałem
tylko 3 dni, jednak ten czas także wystarczył, aby trochę poznać specyfikę
Krakowa.
Kraków bardzo mi się podoba. Jest niezwykłym miastem pełnym zabytków, w którym
można otrzeć się o historię niemal na każym kroku. Z największych atrybutów
Krakowa wybrałem kilka, które, już na chłodno, silnie odcisnęły mi się w pamięci:
1) Rynek i okolice - robiący olbrzymie wrażenie Kościół Mariacki i Sukiennice.
Ładne kamieniczki, a co jedna to inna historia. No i ten hejnał co godzinę! :)
2) Wawel - niezwykłe miejsce - od komnat królewskich, po toalety (które nota
bene są świetnie utrzymane, a starsza pani zbiera "co łaska", a nie niczym
egzekutor po zylu od łebka ;>)
3) obważanki, pozwalające zaspokoić nagły napad głodu podczas zwiedzania
(swoją drogą dziwne, że przy dworcu kosztują 70 gr, a już na Floriańskiej
złotówkę - wszak ludzi tu i tu są mrowie)
4) sieć dla obżartuchów "Gruzińskie Chaczapuri" - za przyzwoite pieniądze
można się najeść i napić do syta
5) wypożyczalnie rowerów, których jest więcej niż wypożyczalni samochodów (a
przynajmniej bardziej je widać)
6) Piwnica pod Baranami (miejsce ma niezwykły klimat, obsługa bardzo miła, a
Piotr Skrzynacki jest tu niemal Bogiem)
7) Żydowski Kazimierz, choć niestety - wydaje się, że jest już dość mocno "na
pokaz" i ucywilizowany, kosztem tajemniczości i specyficznej egzotyki.
8) Tanie piwo w centrum (choć zakoczyła mnie Galeria Kazimierz - tu w
Sphinksie - gdzie generalnie można zjeść i wypić dość tanio, 0,4l Carlsberga
kosztowało 7 zł, to lekka przesada)
Jak już pisałem - w Krakowie mi się bardzo podobało, jednak z perspektywy
turysty nie obeszło się bez pewnych drobiazgów, psujących ogólne, pozytywne
wrażenie. Są to drobiazgi różne, które może jednak zwrócą czyjąś uwagę i uda
się je wyeliminować.
1) Słaba nocna ekspozycja Rynku. Kiedy wczoraj wieczorem żegnałem Kraków,
zmierzając Floriańską w kierunku dworca, Kościół Mariacki stanowił jedynie
ciemną plamę na horyzoncie. Dlaczego tak się dzieje - przecież powinien on być
widoczny z daleka, być punktem orientacyjnym i ozdobą miasta, niezależnie od
pory dnia czy nocy.
2) Kolejki na Wawelu. Spędziłem na Wawelu 6 godzin. Wiem, to za mało, aby go
dokładnie obejrzeć, ale niestety, z tych 6 godzin półtorej spędziłem przy
kasie. Nie wierzę w to, że Kraków nie jest w stanie lepiej zorganizować
dystrybucji biletów. Dziś przecież jest już tak wiele możliwości - rezerwacje
on-line, telefoniczna, przedsprzedaż... Pod rozwagę, bo mnie nogi rozbolały,
zanim wszedłem na dziedziniec zamkowy.
3) Problemy z obsługą cudzoziemców. I to na różnych płaszczyznach. Pani
przewodniczka na Wawelu podczas oprowadzania zapytała na początku, czy wszyscy
ją rozumieją. Problem w tym, że zapytała po polsku, więc obcokrajowcy nie
mieli możliwości zrozumienia jej pytania. Kiedy już zwróciłem uwagę, że dwie
osoby z naszej grupy są obcokrajowcami i kiedy pani przewodnik ustaliła już,
że mówią "Engilsh", to się okazało, że nie ma już przewodników papierowych po
angielsku. Oczywiście nie przekazała już tej informacji dwojgu zagubionych
Anglików. ;) Podobny problem pojawił się w Hostelu "ALFA" (AGH), gdzie grupa
Czechów po angielsku nie była w stanie się porozumieć (dobrze, że ich narodowy
język okazał się tak podobny do naszego). Pan sprzedający obważanki nie był
także w stanie wydukać po angielsku podstawowych liczebników, aby móc uzyskać
zapłatę od osób używających angielskiego. Takie obrazki niestety widuje się co
krok.
4) Wielki mój zawód - Jama Michalika. To, że zwiedzanie "bez konsumpcji" jest
płatne, to jeszcze potrafię zrozumieć. Ale tego, że jeśli już jestem tam "z
konsumpcją", to jeszcze muszę dwa razy zapłacić za to samo piwo (raz przy
zakupie i drugi raz... no, wiecie...) - to już jest gruba przesada. Nie godzi
się, aby lokale, które wydają się być "lepszymi" stosowały taki zabieg wobec
swoich gości. Podobną praktykę stosują zresztą inne lokale w okolicach Rynku.
To takie nieeuropejskie. W Jamie nie zapytałem, czy pani w WC akcepuje Visę (w
końcu znaczek na drzwiach wejściowych jest). Poszedłem do McDonalda - ten
przynajmniej nie udaje że jest "lepszy". ;)
5) Organizacja ruchu w centrum miasta. I nie chodzi mi bynajmniej o
utrudnienia wynikające z remontów ulic, czy budowy przy dworcu - do takich
utrudnień przywykłem w moim mieście. Kto w ogóle wpuszcza te śmierdzące auta
do samego Rynku? To jest jakaś absolutna pomyłka i psuje komfort zwiedzania.
Podobnie na Grodzkiej, która i tak wydaje się być (nie?)formalnym deptakiem.
Irytująca jest też sygnalizacja "na guzik" u zbiegu Stradomskiej i Św.
Gertrudy - piesi się prawie "wylewają" już na ulicę, a czerwone jak było, tak
jest. Sądzę, że przy takim natężeniu ruchu pieszego w tym rejonie taka właśnie
sygnalizacja to jest pomyłka.
Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem swoimi uwagami. Te pozytywne wspomnienia
zachowam w sercu, aby za jakiś czas ponownie powrócić do Krakowa - obejrzeć
jego okolice, wspiąć się na górę wieży Mariackiej, odwiedzić Wieliczkę i
Wadowice. Krytyczne uwagi... No cóż... Miasto ma służyć przede wszystkim jego
obywatelom i rozumiem, że niektóre z powyższych komentarzy przeszkadzają tylko
turystom. Ale liczę, że już za jakiś czas każdy turysta będzie jeszcze
bardziej zadowolony podczas zwiedzania Grodu Kraka.
Pozdrawiam,
Łukasz 'woo' Dąbrowski.