Gość: H56
IP: 195.150.112.*
12.09.06, 08:25
Módl się albo do widzenia
Specjalnością braci albertynów są bezdomni. Albertyni prowadzą przytułki,
noclegownie, kuchnie i łaźnie dla ubogich. Niektórym jednak ta opieka
wychodzi bokiem.
Zima. Codziennie we wszystkich dziennikach pokazują nam bezdomnych,
noclegownie, kotły z ciepłą zupą. Dzięki naprawdę wielkiemu poświęceniu ludzi
i dużym pieniądzom wykładanym przez państwo oraz prywatnych darczyńców pomoc
dociera do najbardziej potrzebujących. Pomoc tę niosą m.in. księża i
zakonnicy. Niestety, często jest to pomoc za nawrócenie, a raczej jego
pozory. Taki los spotkał Józefa Tomczykowskiego (na zdjęciu), kilkuletniego
pensjonariusza albertyńskich placówek opiekuńczych. Musiał spędzić w
albertyńskiej noclegowni przy ul. Krakowskiej oraz w Domu św. Brata Alberta
przy ul. Saskiej w Krakowie ponad 5 lat. Mówi, że to czas poniżenia.
Zanim trafił na bruk, a potem do noclegowni, był nauczycielem i biznesmenem,
ale kilka nieudanych umów sprawiło, że konkurencja go załatwiła. Żeby spłacić
długi, musiał sprzedać mieszkanie i samochód. Udało mu się znaleźć dorywczą
pracę i zaczął starać się w gminie o mieszkanie socjalne. Ponieważ tymczasem
nie miał gdzie się podziać, a zarobki były bardzo skromne, trafił do domu dla
bezdomnych, prowadzonego przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. Miał jednak
daleko do pracy, zaczął więc starać się o przeniesienie do noclegowni
albertynów przy ul. Krakowskiej. W końcu udało się. Po niespełna rocznym
pobycie został przeniesiony do nowo wybudowanego caritasowskiego Domu św.
Brata Alberta przy ul. Saskiej, który miał służyć mężczyznom wychodzącym z
bezdomności. Dom wybudował sponsor. Grunty pod ośrodek miasto podarowało
Caritasowi w wieczyste użytkowanie, a albertyni zajęli się prowadzeniem
placówki. Jednak szybko okazało się, że ośrodek to dla braci bardziej misyjne
poletko do nawracania grzeszników niż punkt charytatywny. Lokatorom
wypełniali czas codziennym różańcem, okolicznościowymi mszami czy
rekolekcjami.
– Jeśli nie chciałem uczestniczyć w modlitewnych spędach, braciszkowie
szantażowali mnie, że wyrzucą z domu. Gdy zabrakło mnie na modłach, brat
Hieronim wtargnął do pokoju: – Pan jest uzależniony od nas całkowicie. Możemy
wyrzucić pana natychmiast! – krzyczał na całe gardło – opowiada Tomczykowski.
To przynosiło efekty. Podopieczni, nawet jeśli widzieli jakieś
nieprawidłowości, ze strachu milczeli. Ale nie Tomczykowski. On nie poddawał
się. O praktykach zakonników informował miejskich urzędników. Interweniował
nawet w krakowskim Caritasie... Wszyscy bezradnie rozkładali ręce.
Tomczykowski mówił nam o licznych przykładach wykorzystywania przez
zakonników tragicznej sytuacji bezdomnych. Usłyszeliśmy m.in. że każdy, kto
miał jakieś dochody, płacił czynsz w zależności od tego, ile zdołał zarobić:
– Albertyni wciąż podnosili opłaty. Przy czym nigdy nie dostałem żadnego
pokwitowania wpłaty. Nie pomagały moje żądania. Kiedy wprowadzałem się do
Domu św. Brata Alberta, przywiozłem swoje meble i sprzęt AGD. Gdy pewnego
dnia przyszedłem z pracy, wszystko znikło. Dopiero po kilku tygodniach
okazało się, że moje rzeczy znalazły się u zakonników za klauzulą. Ci jednak
ani myśleli o ich oddaniu. – Jak się nie podoba, to won! – usłyszałem.
Tomczykowski jest szczęściarzem – w końcu przyznano mu mieszkanie socjalne.
Wreszcie będzie mógł sam decydować, w co chce wierzyć i jak żyć. Ale mebli i
sprzętu AGD nie może darować, pisze więc do różnych instytucji, domaga się
kontroli. Kontrole są, a jakże, ale – jak się dowiedzieliśmy w urzędzie
wojewódzkim i w urzędzie miasta – dotąd polegały na sprawdzaniu fakturowych
rozliczeń dotacji, które przyznano zakonnikom. O przestrzeganiu prawa do
wolności sumienia mowy nie ma.
– Tylko takie mamy uprawnienia. Innych kontroli nie możemy przeprowadzać –
usłyszeliśmy.
Nasz komentarz? Uważamy, że to zbyt łatwe wytłumaczenie. Właściwie wybieg.
Placówki opiekuńcze prowadzone przez ojców albertynów korzystają między
innymi z pieniędzy publicznych. To wystarczający powód do skontrolowania w
imieniu podatników, jak są wydawane.
JAROSŁAW RUDZKI
Od redakcji: nazwisko bohatera zostało zmienione.
Władze państwowe i samorządowe przekazują rocznie miliony złotych na ośrodki
dla bezdomnych, prowadzone między innymi przez Caritas i zakony. Tylko w
samym Krakowie gmina przeznacza na ten cel ponad pół miliona złotych rocznie.
Nie pozostawia bez wsparcia także speców od bezdomności i żebractwa, czyli
braci albertynów. W ubiegłym roku (2005) zakonnicy ci dostali od miasta na
kuchnie dla ubogich – 33 864 zł; na noclegownie – 9800 zł, zaś na tzw.
mieszkania chronione – 28 124 zł. Łącznie: 71 788 zł.
Z puli Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego przekazano im nieco mniej, bo 62
500 zł. Na realizację zadań z zakresu pomocy społecznej na kuchnię dla
ubogich przy ul. Krakowskiej przypadło 16 tys. zł, zaś na mieszkania
chronione dla mężczyzn wychodzących z bezdomności – 14 tys. zł. Kolejne
fundusze przekazał im Małopolski Urząd Wojewódzki na realizację rządowego
Programu Osłonowego Przeciwdziałania Wykluczeniu Społecznemu Osób Bezdomnych
i Zagrożonych Bezdomnością – 32 500 zł, w tym na noclegownie – 22 tys. zł i
10,5 tys. zł na mieszkania chronione.