zazulik
23.08.08, 21:48
Właśnie wróciłam z urlopu i dowiedziałam się, że ukochany kot mojej mamy i
ulubieniec całej rodziny nie żyje. jestem tak zszokowana, że nie mogę się
pozbierać. Przed moim wyjazdem Bonifacy był zupełnie zdrowy.
Otóż moja mama zauważyła u Kotka jakieś charczenie w nosku. Udała się do
weterynarza na Centralną- przyjmował Bakowski. Kot był coraz słabszy, nie miał
apetytu, ciężko oddychał. Doktor zaaplikował 4 zastrzyki i zmierzył
temperaturę. Stwierdził, że to nic poważnego. Powiększone węzły, niewielka
gorączka. Mama i moja siostra, która jej towarzyszyła, miały przywieźć
Bonifacego do kontroli za dwa dni. Diagnoza wydała się wiarygodna, gdyż kiciuś
rzeczywiście dla nas, laików, wyglądał na przeziębionego. W domu jednak
okazało się, że ze zwierzątkiem jest coraz gorzej. Coraz ciężej oddycha,
słabnie z godziny na godzinę. Mama udała się więc z kotem na Centralną
ponownie tego samego dnia wieczorem. Doktor potraktował nas oschle. Rzucił
tylko okiem na kota i stwierdził, że leki przecież nie zaczęły jeszcze
działać. Nie zważał na to, co się do niego mówi: że kotu znacznie się
pogorszyło i ledwie oddycha. Odesłał mamę z kwitkiem i kazał wrócić za dwa
dni, jak zadecydował wcześniej i nawet nie zbadał cierpiącego zwierzątka.
Boniu cierpiał całą noc. Dusił się, łapał powietrze jak ryba, nie potrafił już
załatwić potrzeb fizjologicznych w kuwecie tylko siusiał pod siebie… A
lekarstwa doktora Bakowskiego nie zaczynały działać... Następnego dnia mama
znów pojechała na Centralną. Wciąż ufała Bakowskiemu...
Tym razem lekarz zauważył, że zwierzę jest w bardzo złym stanie. Stwierdził,
że infekcja poszła dalej i zaaplikował Bonifacemu kolejne 4 zastrzyki.
Asystująca mu młoda lekarka nieśmiało zauważyła, że kot ma chyba wodę w
płucach... Lekarz wbił więc kotu wielką igłę w okolicę płuc i ściągnął płyn.
Ten zabieg sprawił, że prawie nieprzytomny kot dostał spazmów, zaczął się
rzucać, skakać, wyć... Mama i siostra próbowały ingerować, mówiąc, żeby może
go zbadać, prześwietlić, zastosować jakieś inne leczenie, skoro to nie
skutkuje... Zostały jednak zbyte, potraktowane z ironią, bo przecież się nie
znają. Miały wziąć kota i iść. Tymczasem Bonifacy po zabiegach zastosowanych
przez Bakowskiego wpadał w agonię- z wielkim trudem łapał oddech, krztusił
się. Mama i siostra błagały o pomoc, ale lekarz kazał im opuścić gabinet.
Udało się kota donieść do samochodu, w którym po kilku minutach straszliwych
cierpień, spazmów i nie dającego się opisać płaczu umierającego kota nasz
przyjaciel odszedł... Jednak jeszcze zanim nadszedł koniec, gdy mama tuliła
rzężące ciałko, siostra wróciła do kliniki po lekarza. Powiedziałam, że musi
przyjść do kota, do auta, bo my Go już żywego nie doniesiemy do gabinetu.
Lekarz, owszem, przyszedł (akurat stał przed wejściem do kliniki) i oschłym
głosem zapytał, czy kot zdechł. Rzeczywiście, kotek już nie żył. Lekarz wziął
go wtedy jak worek i zabrał do gabinetu. Mama i siostra były w takim szoku i
rozpaczy, że nie potrafiły reagować. Lekarz zrobił szybką sekcję zwłok i
oznajmił, że i tak nic nie mógł zrobić, bo kot miał nowotwór płuc i tyle.
Siostra zadała jeszcze przez łzy pytanie, dlaczego więc nie postawił
prawdziwej diagnozy wczoraj, dlaczego nie zbadał kota, nie prześwietlił, ale
nie usłyszała odpowiedzi… Ciałko Bonifacego zostało w lecznicy... Zadaję sobie
pytanie- czy kot rzeczywiście miał raka? Czy też może źle leczona infekcja i
zupełny brak zainteresowania cierpieniem Bonifacego doprowadziły do Jego
śmierci? Tak żałuję, że mnie nie było w Krakowie, bo już po pierwszej, tak
nieskutecznej wizycie na Centralnej wzięłabym kota do innego lekarza...
Niestety, my już nic nie możemy zrobić, ale bardzo pragniemy przestrzec innych
przed taką tragedią, jaka spotkała naszą rodzinę...