Mam pytanie do dziewczyn (i nie tylko) które decydują się na to Amerykańskie
Wejście (takie jak pokazała Zia w wątku, ale wiem, że nie ona jedna).
Bo tak sobie to przemyślałam i doszłam do wniosku że to ma jakąś pokręconą
symbolikę.
Otóż tysiąc razy bardziej przemawia do mnie takie wejście, gdzie młoda i młody
razem kroczą do USC/Ołtarza. Na zasadzie, że jesteśmy dwojgiem dorosłych
ludzi, którzy chcą się pobrać i
RAZEM idziemy do USC/kościoła żeby ślub
wziąć. W dniu ślubu od momentu, kiedy mąż odebrał mnie z domu byliśmy razem i
bardzo to sobie cenię, że
RAZEM dojechaliśmy do USC,
RAZEM
czekaliśmy na rozpoczęcie ceremonii itp.
A takie wejście, gdzie młody z drużbami/świadkiem gryzie palce przy ołtarzu,
poklepywany po pleckach przez wspierających kumpli, a młoda w oddzielnym
pokoiku, otoczona wianuszkiem rozchichotanych druhen czeka na papę wydaje mi
się nieco dziecinne. Na takiej zasadzie, że przychodzi tatuś po ukochaną
córeczkę i przy ołtarzu przekazują ją młodemu. Dla mnie to nie jest symbol
partnerstwa tylko zasady "ja ci ją DAJE a ty bierz". Nie ważne, czy oddaję pod
opiekę, czy do roboty w domu
Przecież dużo lepiej wygląda jak młodzi RAZEM idą brać ślub.
Poza tym te wejścia utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że są one zrobione
ku chwale Panny Młodej. Bo to ona wchodzi na końcu (z tatusiem, a nie z za
chwilę mężem) wśród szmeru podziwu i fanfarów. Młody cóż... musi się zadowolić
rolą drugoplanową. A to przecież jest ich
WSPÓLNY dzień.
Mam nieodparte wrażenie, że w wielu przypadkach ślub jest dniem panny młodej,
a nie pary młodej. My chcieliśmy przeżyć go w całości razem, a nie robić z
panny młodej główny punkt programu.
I to wynajmowanie dzieciątek słitaśnych coby jeszcze piękniej panna młoda, ta
tle płatków i dzieciaczków wypadła

Kurcze, ja czekam na filmik, jak ktoś puści przodem stado kurczątek, bo też są
słodziutkie.
Wiem, że to tylko symbolika, ale może ktoś wie, czy taki ślubny orszak ma
jakieś pozytywne, symboliczne znaczenie?