Chcecie bajki? Oto bajka... A raczej thriller jeszcze bez zakończenia.
Ślub mam styczniu. Mniej więcej w czerwcu wymyśliłam sobie suknie, wzorowana na projekcie Herrery, długą, z długim rękawem i obfitym księżniczkowym dołem. Uznałam, że nic podobnego w salonach nie znajdę i zaczęłam szukać krawcowej. Dwie pierwsze stwierdziły, że "tego się nie da uszyć", bo jak to, bez gorsetu, z rękawem, i w ogóle bez falbanek i koronek?? Nie da się.
Trafiłam do trzeciej. I ona stwierdziła, że absolutnie nie ma problemu. Wyceniła pracę na 1100 zł, zdjęła miarę, wzięła 400 zł zaliczki, i poleciła przyjść do pracowni we wrześniu.
Pełna nadziei pojechałam tam we wrześniu i spotkałam JĄ. Piekielną właścicielkę, która:
1. nakrzyczała na mnie i moją mamę, że ośmieliłyśmy się wejść do pracowni
3. nakrzyczała (przez telefon) na pani, z którą rozmawiałyśmy przy pierwszym spotkaniu - okazało się, że pani pracuje tylko w salonowym sklepie,
3. nakrzyczała na panią która nas wpuściła (taka staruszeczka biedna, aż się skurczyła)
4. nakrzyczała znów na mnie, bo powiedziałam, że nie życzę sobie, żeby na mnie krzyczano. Więc spokojnym, lekko tylko podniesionym

tonem wyjaśniłam pani, jak powinna wyglądać relacja usługodawca-konsument (to ja Pani płacę, i ja u pani zamawiam, i nie pozwolę sobie na takie traktowanie, możemy rozmawiać ale nie tym tonem). W międzyczasie, na stronie, powiedziałam mamie, że nie będziemy z Panią gadać, tylko zabieramy zaliczkę z powrotem i jedziemy.
Pani musiała to usłyszeć, bo momentalnie spuściła z tonu i rozmawiała z nami już normalnie i grzecznie. Zaproponowała materiały, umówiłyśmy się na przymiarkę, wszystko pięknie.
Akt 2: W międzyczasie poszukiwałam stroika na głowę i zwiedzałam salony w innym mieście. I zobaczyłam Suknię. Piękna, pasująca, i nawet tańsza. Kupiłam. Ale - żeby nie wycofyfwać się z umowy, stwierdziłam, że za to co zapłaciłam Piekielnej, uszyję sobię u niej sukienkę na poprawiny. Zadzwoniłam, zapytałam, czy mogę zmienić projekt - absolutnie nie ma problemu, ponieważ prace jeszcze się nie zaczęły. Zaniosłam nowy projekt - koronkowa mała biała do kolan, żadnych cudów. Zapytałam o cenę (telefonicznie) - pani powiedziała, że zobaczy, wyceni i zostawi informację krawcowej. Pojechałam dziś rano na przymiarkę. Gotowa jest baza, halka, która przychodzi pod koronkę, i tyle. Koronkę pani miała jedną jedyną, ale była ładna, więc ok. Ale zapytałam o cenę - oczywiście Krawcowa nie wie. Z szefową trzeba. Przymiarkę miałam przed pracą, więc się spieszyłam, z pracy nie mogłam zadzwonić, więc wysłałam smsa z pytaniem o cenę. Szefowa odpowiedziała, że bez zmian. Przekazałam to Mamie (która płaci za tą suknię, sama chciała, uprzedzając pytania), i ona do Pani zadzwonił. Chyba odbyła się dość ostra rozmowa, o której dowiedziałam się, że:
- kupiła koronkę za 300 zł/mb, i to musi tyle kosztować (nie wyglądała tak ekskluzywnie, serio)
- w ogóle to ona traci czas na rozmowy z nami, a ma Ważne Sprawy/trzask
I teraz konkluzja:
Co mogę zrobić? Nie mam zamiaru płacić 1100 zł za sukienkę, która warta jest najwyżej połowę tego. Poważnie koronki są AŻ TAK drogie? W porównaniu do sukni-księżniczki 3m średnicy??
Jak myślicie, jakie mam opcje? Bo ja myślę tak:
a. proponuję 700 zł za całość i ani grosza więcej
b. zostawiam pani tą nieszczęsną zaliczkę, zabieram to, co zdążyła uszyć, naturalnie żądam paragonu
Czy jest coś jeszcze, co mogłabym zrobić, żeby odzyskać pieniądze lub przekonać panią, że cena jest stanowczo za wysoka, a oznajmianie jej w połowie pracy jest nieuczciwe?
PS. uprzedzając pytania: mówiąc "ja płacę" mam na myśli interes mojej rodzicielki. Skrót myślowy