bardzokochamewe
06.03.06, 15:34
Właśnie siedziałem kilka dni w domu - choroba. No i zacząłem oglądać sobie to
forum. Więc postanowiłem podzielić się pewną refleksją z jego uczestnikami.
Mam takie dziwne wrażenie, że przeraźliwie dużo osób w ogóle zapomniała o co
chodzi z tym całym ślubem. Czy naprawdę sądzicie, że to będzie jeden jedyny
najpiękniejszy dzień w życiu? Bo to trochę brzmi tak, jakby zaraz po ślubie
następowała już taka totalna szarzyzna dnia codziennego, więc na ten jeden
jedyny ostatni piękny dzień trzeba koniecznie się bardzo przygotować.
Zarezerwować salę koniecznie półtora roku wcześniej, najlepszy zespół,
sukienka musi kosztować co najmniej 2 tysiące (ileż tu wątków o cenie
sukni...), na wesele przecież trzeba zaprosić sto osób (a co najmniej
najbliższą rodzinę, co - jak przeczytałem - oznacza 60 osób...). Pojechać
trzeba super autem ("na jakie nas długo nie będzie stać, więc takie właśnie
wypożyczymy"). Maluje się i czesze własnoręcznie tylko biedota, więc
koniecznie super salon, mega zdjęcia... No i problem: co zrobić z wódką na
weselu, żeby goście ani obsługa nie wynosili gdzieś pod marynarą? A czy w
podziękowaniu rodzicom to trzeba z nimi zatańczyć, czy wystarczy im dedykować
piosenkę? I troszkę mnie przerażają listy prezentów oraz treści typu "liczę
że z kopert nam się zwróci" albo "jak koperty będą puchate to na podróż
poślubną wystarczy" albo "zależy od podejścia gości"...
My bierzemy cywilny (kwestia naszych przekonań). Pojedziemy pewnie naszym
autem (świadka może poprosimy żeby prowadził), a może zawiezie nas mój tata,
bo się oferował. Pobierzemy się w Pałacu Szustra - obejrzeliśmy warszawskie
USC i... po prostu nam się nie podobały (nawet jeśli, to Pałac Ślubów idzie
do remontu, a w pokoju 312 to może jednak nie...). Po ślubie w Pałacu będzie
lampka szampana dla gości, których pewnie poprosimy żeby zamiast kwiatów
kupili jakieś maskotki czy inne drobiazgi dla domów dziecka czy szpitali
dziecięcych. A potem obiad w restauracji dla bliskiej rodziny i świadków -
ale to oznacza pewnie kilkanaście, a nie 100 osób. A następnego dnia
wynajmiemy salę i zrobimy imprezę dla znajomych - pewnie kupimy 2 czy 3
beczki piwa, jakieś zakąski, soki itp.
Nikt nie będzie miał problemu pt. "ile włożyć do koperty" albo "nie jadę, bo
mnie nie stać na prezent odpowiedni wobec rangi uroczystości", a my nie
zastanawiamy się nawet nad tym ile zbierzemy. Nie mamy problemu z super-salą
i super-zespołem, zresztą znamy się... kilka miesięcy i nawet nie mielibyśmy
jak i kiedy takowej zorganizować, bo uznaliśmy, że się kochamy i chcemy
pobrać teraz, a może nie koniecznie czekać 2 lata od zaręczyn do ślubu, bo i
po co? Oboje mamy już za sobą dłuższe związki z innymi partnerami i to nie
zawsze jest tak, że jak z kimś jesteś od 5 lat to dopiero wtedy dobrze go
znasz i świadomie możesz za niego wyjść. A pierścionek zaręczynowy kupowałem
SAM, bo wzdraga mnie na samą myśl, że mielibyśmy iść w tym celu razem do
jubilera i uczynić z tego festyn z wybieraniem "odpowiedniego". I myślę, że
chyba dobrze wybrałem. Zresztą myślę, że każdy podobałby się mojej przyszłej
żonie, bo to naprawdę nie chodzi o to jaki to jest pierścionek (choć akurat
nasz wydaje mi się całkiem miły).
Aha, dodam jeszcze, że mamy już trochę (niecałe 30) lat, mieszkamy razem we
własnym mieszkaniu, dobrze zarabiamy i byłoby nas stać na te wszystkie
ceregiele. I szanuję poglądy wszystkich tych, którzy robią huczne imprezy, bo
lubią, a że ich na to stać no to tak właśnie czynią. Ale czy naprawdę to jest
aż tak istotne, żeby ludzie, którzy otwarcie piszą, że zarabiają mało i za
wszystko płacą im rodzice (i ci straszni rodzice uzurpują sobie do tego prawo
do wpływu na listę gości! Skandal! No ale za to trzeba im koniecznie przy
wszystkich podziękować za wychowanie i pomoc...) wyrzucali kupę pieniędzy,
których nie mają zaciskając kciuki żeby się zwróciło z kopert? I czy każda
panna młoda musi mieć najdroższą kiecę w mieście?
Bo dla mnie jest najważniejsze, że kocham moją przyszłą żonę, a po ślubie
będziemy mieli jeszcze 10 tysięcy równie miłych i pięknych dni, 10 tysięcy
nocy poślubnych (równie pięknych jak i przedślubne), że moja przyszła żona
podoba się moim rodzicom i chyba ja Jej rodzicom też, dzięki czemu nie będzie
jakichś durnych konfliktów (i nie musimy w tym celu wygłaszać oficjalnych
podziękowań przy 100 świadkach), że wszyscy nam dobrze życzą niezależnie od
ilości spożytej wcześniej golonki z wódą. No i może jeszcze że będziemy mieli
super podróż poślubną.
Dlaczego tak mało osób cieszy się właśnie z tego, a tak wiele ma problemy
związane ze strojem, kredytem, salą? Nie rozumiem. Przecież to ma być
pierwszy z kolejnych wielu szczęśliwych dni, a wygląda jak ostatni, w dodatku
jak kierat jakiś...
Tak czy owak, wszystkim biorącym ślub życzę szczęścia. My pobieramy się
17.06.06 (na 99% bo jeszcze jakieś papierki musimy skończyć załatwiać).