gabrielka_k
08.01.07, 13:21
to był cudowny dzień, najwspanialszy w moim życiu
wstałam koło 9. w domu było dużo ludzi, każdy biegał, jeszcze coś załatwiał,
sprzątał. około 11:30 zadzwoniła drużka i powiedziała, ze właśnie wróciła z
pogotopwia, ma batrdzo ciężkie zatrucie i nie wie jak da radę wystać w
kościele, nie wspominając już o weselu. byłam przerażona, a ona po chwili,
jak gdyby nigdy nic, mówi , że żartowała! myślałam, że ją rozszarpię

o 12 pojechałam do fryzjera. w domu byłam o 13:30. moje Kochanie miało
przyjechać o 14:15, więc nie miałam dużo czasu. drużka pomogła mi się ubrać,
okazało się, ze trzeba przeszyć guzik w sukni, bo jest za szeroka! na
szczęście zdążyłyśmy.
trzęsły mi się ręce, miałam sucho w gardle i byłam delikatnie mówiąć
zdenerwowana. cały stres minął kiedy zobaczyłam mojego S.
wesoło było już na błogosławieństwie. drużka nie mogła przyczepić drużbie
bukieciku, bo nie rozciął sobie kieszonki w marynarce. siostra przyleciała
więc z takimi wielkimi krawieckimi nożycami i we dwie zaczęły majstrować przy
kieszeni. później mama S. wysmarowała nas pomadką, tato nie mógł wydusić z
siebie słowa a komuś zaczęła dzwonić komórka.
pojechaliśmy do kościoła, wszystko było ok do momentu zakładania obrączek.
obrączka S. zablokowała się na kostce i ani drgnęła. dostałam ataku śmiechu,
a zaraz za mną cały kościół. W końcu się udało!

Ksiądz mówi: "Teraz możecie
pocałować.." no więc my pięknie buziaczki w policzek, a ksiądz
dodaje "...obrączki", no i kolejny atak śmiechu.
na koniec mszy mieliśmy przygotowaną modlitwę za rodziców. ksiądz poprosił
nas do ołtarz i z tamtąd mieliśmy ją odczytać. rodzice byli bardzo zaskoczeni
i wzruszeni.
ogólnie ślub był wspaniały, piękne kazanie, wzruszeni goście

po mszy pojechaliśmy na cmentarz do taty S.
wesele trudno mi ocenić obiektywnie, ale podobno było bardzo udane. niczego
nie brakowało, wszystkiego było pod dostakiem, może nawet za dużo, migdały
dla gości, fontanna z alkoholem, "wiejska chata", sala kominkowa w której
można było w spokoju posiedzieć przy małych stolikach, popatrzeć na ogieć,
porozmawiać, wypić kawę i herbatę ze szwedzkiego bufetu, zjeść ciasto.
zespół też był w porządku, chociaż robili zbyt często przerwy.
przy oczepinach płakaliśmy ze smiechu.
do hotelu dotarliśmy ok 6 rano.
to był codowny dzień, szkoda, że tak szybko minal.
pozdrawiam