Proszę bądźcie uczciwe czy zasługuję na baty czy nie do końca. Nasz ślub jest
za trzy miesiące a ja coraz gorzej sypiam. Mój Narzeczony jest wspaniałym
facetem: kochajacym, czułym, wyrozumiałym, cierpliwym itd itd... jeśli chodzi
o charakter (i wygląd zresztą też

to mam autentyczne szczęście i jest po
prostu wspaniały. Ma tylko jedną "wadę": mało zarabia a perspektywy na coś
lepszego na razie nie za bardzo. Zaraz wyleje się na mnie lawina krytyki, że
jestem wstrętną materialistką, że go nie kocham itd. ale pozwólcie mi się
wytłumaczyć sytuację. Sama pochodzę z domu gdzie żyło się skromnie, ale
zawsze na wszystko starczało i rodzicom udało się "dorobić". Nie byliśmy z
bratem rozpieszczani, ale mieliśmy zapewnione jedno: bezpieczeństwo finansowe
tzn. jeśli coś by sie stało (choroba, leki itp.) to pieniądze na to są. Nie
oczekuję od kogoś cudów bo sama cudów nie zarabiam, ale perspektywa tysiąca
złotych u męża trochę mnie przeraża - ciężko zdecydować się na dziecko a
młodzi też nie jesteśmy (on-28 ja 26). Im bliżej ślubu tym częściej oblewa
mnie zimny pot, ze będziemy biedować i że wtedy miłość pryśnie uff ps.nie
rugajcie mnie za bardzo