panna-mysz
11.11.07, 11:48
Jestem załamana, bo moje ślubne plany zawisły na włosku.
Niespodziewanie szef zmienił mi warunki umowy - z etatu na
współpracę. Teraz będę zarabiać mniej, a wysokość pensji nie będzie
stała. W tej sytuacji nie uda nam się sfinansować nawet naszego
skromnego ślubu... Planowaliśmy ślub w górskim kościółku i grill w
ogrodzie dla najbliższych 10 osób. Ale okazuje się, że nawet to za
wielkie wyzwanie. Mieliśmy dokładać wszystkie pieniądze, ktorych nie
wydamy na życie i w ten sposób budżet ślubny miał szansę się
domknąć. Jeśli nie - planowaliśmy małą pożyczkę. Pożyczyć pieniędzy
na całość nie możemy, bo spłacamy kredyt za mieszkanie, a N. od
października musi iść na studia (szef go kieruje, ale nie finansuje
nauki). Mama N. już nam pomogła, ile mogła, na moich rodziców nie
mogę liczyć. Nie wiem już, co robić. Do głowy przychodzą mi trzy
opcje, ale wszystkie wydają mi się niedopuszczalne:
- przenieść ślub na późniejszy termin i zrobić go tak, jak marzymy
(ale nie chcę czekać kilka lat, a pewnie na tym się skończy, jeśli
nie znajdę szybko lepszej pracy, a N. będzie płacił za studia; poza
tym zapłaciliśmy zaliczkę za sukienkę, za dom... puścić to tak koło
nosa...?
- zrezygnować z wymarzonej otoczki - wziąć ślub nie w górach, a na
miejscu, zaprosić rodzinę do domu na obiad (ale płakać mi się chcę,
kiedy pomyślę, że miałoby być tak zwyczajnie, niemal jak w dzień
powszedni, nijak)
- uciec z N. w góry, wziąć tylko świadków i zrealizować plan w
wersjo okrojonej (smutno byłoby mi bez rodziców, ale oni po
pierwsze, w ogóle mnie nie wspierają, po drugie - tata zapowiedział,
że posiedzi na przyjęciu tylko trochę i wróci do domu, bo nie może
zostawić samego psa na tak długo (!), więc i tak przyjęcie dla nich
nie jest ważne, a po trzecie - każdy mógłby pojechać z nami do
kościoła, tylko przyjęcia po nim by ne było) - ale ta wresja też ma
sporo dziur.
Nasz wcześniejszy plan wydaje mi się idealny i okrojony do maksimum.
Zostawiliśmy tylko te elementy, które uważamy za niezbędne i na
prawdę nie ma już czego ciąć. Kiedy pomyślę, że większość robi
wesela na kilkadziesią-kilkaset osób, z różnymi atrakcjami, a mnie
nie stać na skromny ślub marzeń, chce mi się płakać.