i dobrze! Od roku gadamy o ślubie, od początku: lato i koniec, wszystko porezerwowane...blablabla
Wczoraj wieczorem próbowaliśmy znowu coś wyłuskać w necie...i nic. W końcu moja granica niemocy prysła ,wstałam i powiedziałam "k..wa, co my się tak spinamy? chcemy być ze sobą i postanowiliśmy się pobrać akurat w ciepły dzień (który przy naszej zmiennej pogodzie wcale ciepły być nie musi), dlaczego? Co w tym wszystkim jest najważniejsze, czerwiec, lipiec, sierpień, czy my?"
Póżniej się rozkręciliśmy: nie mieszkamy w miejscu wesela, nie mamy czasu na wydziwianie i nie chcemy być następna parą w kolejce po swoją mszę ślubną a po niej wymykać sie bokiem, bo wchodzą następni, nie chcemy decydować się w czasie rzeczywistym na jakiegoś dj, wpłacać na szybko zaliczek, a później zastanawiać się, czy dobrze zrobiliśmy, i w końcu, jesień jest taka piękna, zima też...
Dzisiaj zadzwoniłam do hotelu, który sobie upatrzyłam dawno temu, termin był 7 listopada. Powiedziałam "biorę"(to dzień przed moimi urodzinami i 3 przed urodzinami mojego N

, no i poznaliśmy się w listopadzie..., same plusy.
Didzejokonferansjera będę miała sprawdzonego, bo z nim pracowałam (taki zawód

- akurat tego dnia ma wolne

, Fotograf też z pracy (i też 7 wolny, najlepszy i wiecznie zajęty + zniżka, ale i tak słono zapłacimy..

sukienkę chyba uszyję, bo mam pewien wymarzony wzór (w kolano z ogromnym stojącym kołnierzem, więc nie wiem, czy jest tracić czas na poszukiwania czegoś podobnego...).
Sprawy w kościele i nauki po nowym roku...
A więc, rok biadolenia, a okzauje się, że DZISIAJ załatwiłam salę, dj'a i foto (kamery nie chcemy).
chciałoby się rzec <hahaha>