brite
26.08.05, 22:23
15 lat temu Jeana-Michela słuchało się z pasją, roztaczały się magiczne
pejzaże magnetycznych pól. Dzisiaj patrząc niego live odnosi się wrażenie,
jakby grał z playbacku - identyczne dźwięki, zero improwizacji, jazda na
oklepanych tonach. Nuda.
Wspomniał dziś o Leonie Tereminie, przy okazji wyszukiwania dokładniejszych
informacji trafiłem na nazwisko Mooga, innego pioniera muzyki elektronicznej -
nie wiedziałem, że zmarł ledwie kilka dni temu. Dźwięki syntezatora Mooga
należą do moich ulubionych, zatem zapuszczę sobie coś ze złotych lat
siedemdziesiątych, a Gdańsk niech sobie tonie w kiczu.