Gość: Henio S.
IP: *.lodz.sdi.tpnet.pl
11.11.02, 12:49
...Dzień po bitwie wstawał chmurny i zimny. Kruki i kawki krążyły nad polem
onym, usłanym proporcami i znakami wszelkimi. Ilóż to męży szlachetnych
poległo? Ileż krwi bratniej wylano? A i zwycięzców próżno szukać. Bo choć
wojska Jagiełły rycerzy krzyżowych pokonały, to sam Jagiełło poległ. Rzucił
wprawdzie król odwody pod wodzą Leszka Czerwonego, ale i to na nic się zdało.
Nie struchlały serca Krzyżaków na widok proporców czerwonych, nie ulękli się
marsowego oblicza. Przeciwnie, z tym większą zapamiętałością bić poczeli. Sam
mistrz von Kropen, kopię pochyliwszy, na króla uderzył. I zamarło jagiełłowe
serce. A może wspomniał w chwili onej, iż pas rycerski fałszywym sposobem
posiadł. Któż to odgadnie. Dość, że pobladło królewskie oblicze, ramiona
słabe się stały. I nie zdzierżył uderzenia. Jak dąb podcięty na ziemię runął.
Von Kropen konia wstrzymał, łuk zatoczył. We własne zwycięstwo nie wierząc.
Oto leżał przed nim ten, co jeszcze poprzedniego poranka, mieniał się być
największym mocarzem świata. Nieodgadnione są wyroki boże. I jakże teraz
będzie? Na tronie mistrz von Kropen, otoczon radą ze stronników Jagiełły?
Cóżeć to będzie z tobą, o piękna kraino? A może to i dobrze się stało. Boć
wszelakie sprawy publiczne będą na zamku omawiane, a nie w jagiełłowym
namiocie. Gdzie przy winie i muzyce minstreli łacniej o pomyślności dynastii
myśleć, niż o dobru ludu wszelkiego...