big_news
08.12.06, 12:37
Był sobie raz przetarg na zakup prestiżowego sklepu. Spośród kilku ofert
wybrano najlepszą. Ten, który wygrał, zaproponował pokonanym konkurentom
robotę w tym przybytku. I to na równoprawnych warunkach. Jako, że główni
przegrani byli nadwrażliwi i nadmiernie honorni, wyciągniętą rękę odrzucili.
No to zwycięzca zwrócił się ku kolejnym w tym wyścigu do przejęcia marketu. Ci
mniejsi skwapliwie skorzystali z okazji. Sklep funkcjonuje w najlepsze od
ponad roku. Obroty ma coraz wyższe, przychody są obiecujące. Nie jest tak
idealnie, żeby nie było czasem zgrzytów. A to jeden ze wspólników czasem zbyt
mocno zabaluje, a to drugi gdzieś zabarłoży. Są to tylko nic nie znaczące
incydenty, które jednak nadąsana ograna primadonna chce wykorzystać do
własnych celów. I oto, w obliczu problemów z własnymi pracownikami, szef
naburmuszonych przyleciał do kierownika sklepu z iście szatańską propozycją!
- Wywal pan, panie kierowniku, swoich dwóch zastępców, tego odpowiedzialnego
za dział warzyw oraz drugiego od kształcenia narybku, a ja ze swoimi ludźmi
nie będę przez kilka miesięcy panu bruździł, wpuszczał do sklepu smrodliwych
substancji i świec dymnych. W dodatku żądam, żeby za te trzy-cztery miesiące
doszło do ponownego przetargu, który jak przewiduję, tym razem wygram -.
Myślałby kto, że to Sławomir Mrożek siedząc w Meksyku napisał coś podobnego. A
gdzie tam! To nie abstrakcja! To najprawdziwsza prawda!
A co z tymi krowami na słupie? Nic wielkiego. Tak robią i robią na tych
drutach, nagle jedna mówi:
- Popatrz, tam na przeciwko na drzewie, siedzi stado koni! -.
- No i co takiego wielkiego? One zaraz odlatują do ciepłych krajów -.