zamek
27.11.01, 21:20
Mam konto w "żuberku". Ale to jego ostatnie dni. Dzisiaj miarka się przebrała.
Dzisiaj wybrałem się do mojego oddziału na Piotrkowską 288 - chciałem wpłacić
pieniądze na konto. Gdy stałem w drzwiach banku, zadzwonił do mnie
Tata: "Słuchaj, nagrała ci się na sekretarkę pani z Pekao, zajdź tam do nich do
tego a tego okienka, bo cię prosili". OK, akurat jestem w banku, w sam raz.
Podchodzę do właściwego - moim zdaniem - okienka (nie ma ono numeru, ale
poznaje po następnym, że to powinno być właściwe) i czekam. Jestem trzeci w
kolejce. Kiedy od okienka odchodzi interesant, pani stojąca przede mną zostaje
uprzedzona przez gościa z długaśnej kolejki obok - jak się okazuje, w
majestacie prawa, bo nasze okienko jest dalej po prawej, o czym nijaka
tabliczka nie świadczyła. No cóż, ustawiamy się w rządek drugi raz - czekamy
krótko, miejsca się zwalniają, można podejść. "Dzień dobry, nazywam się tak a
tak, Państwo mnie dziś wzywali", mówię do urzędniczki. "My? Pana? A w jakiej
sprawie?" - "Nie wiem - odsłuchałem wiadomość na sekretarce i tam poproszono
mnie o udanie się tutaj, ale nie wyjaśniono, czemu." - "A wie pan, kto
prosił?" - akurat nie wiedziałem, więc dzwonię do taty, aby odtworzył mi
nagranie. Już znamy nazwisko pani, która mnie zaprosiła do banku - zaczyna się
szukanie. Po 20 minutach (już minęła 17.) okazuje się, że... nic nie wiadomo.
Koleżanka z wcześniejszej zmiany nie zostawiła żadnej informacji o tym, że
jakiś Zamek ma przyjść do banku i mieć interes w akurat tym okienku. Pani pyta
mnie o jakieś czeki, przekazy, dyspozycje - ja przypominam sobie fakty sprzed
wielu miesięcy, ale nie możemy dojść toku myślenia osoby, która mnie zwabiła do
banku. Kończy się na niczym - wracam zły jak pieprz do domu. Tam się okazuje,
że oprócz nagrania przyszedł jeszcze faks - jest na nim urywek jakiegoś
podpisanego przeze mnie czeku (czyli coś już wiem) i szczątek tekstu, z którego
nic nie wynika. Ponieważ i tak na nic lepszego liczyć nie mogę, jadę z tym
jeszcze raz do banku. W drzwiach jestem o 17.58, ale dla ochroniarza jest już
po 18. Kiedy sugeruję, że jeszcze powinienem zostać obsłużony, w rękach misia z
ochrony pojawia się paralizator, a w ustach tekst, że jeśli sobie nie pójdę, to
moje wejście zostanie potraktowane jako napad - gośc nadmienia, ze wszystko
jest filmowane. Mnie się już nawet nie chce argumentować (a nuż w Geancie
pracował?) - odwracam się na pięcie i wychodzę.
W drugim co do wielkości banku w Polsce urzędniczka nie potrafi ani powiadomić
klienta o sprawie, jaką powinien w banku załatwić, ani wysłać faksu, ani
zostawić danych swojej zmienniczce; ochroniarze za to zachowują się agresywnie
wobec potencjalnych klientów. Byłych klientów.