Dodaj do ulubionych

na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uznana za

26.01.06, 13:30
wypędzoną, bo rodzice jej to zwykli członkowie niemieckich
sił okupacyjnych w Polsce.
Na tej podstawie równie dobrze do wypędzonych można zaliczyć
żołnierzy Wermahtu wyędzonych spod Moskwy, czy Stalingradu:)))

ps.Jak ktoś nie wie to Rumia to miasto w granicach
Polski (1920-1939) na północ od Gdyni.

''Urodziła się 25 lipca 1943 roku w Rumi koło Gdyni. Jest córką urzędniczki z Bremy i żołnierza Wehrmachtu z Hanau koło Frankfurtu. Jej ojciec służył na lotnisku w Rumi jako technik Luftwaffe w randze podoficera. Matka była urzędniczką przysłaną z Berlina w 1943. W styczniu 1945 roku, matka z półtoraroczną Eriką i jej trzymiesięczną siostrą opuściła Rumię. Dotarły do Szlezwika-Holsztynu, skąd powróciły do rodziny ojca Eriki do Hanau. Po wojnie Steinbach ukończyła prywatne studium muzyki i działała w orkiestrze. W połowie lat 70. zainteresowała się polityką, wstąpiła do CDU. Od 1970 do 1977 pracowała w aparacie administracyjnym. Od 1974 jest członkinią CDU, a od 1998 przewodniczącą Związku Wypędzonych w Niemczech.''
Obserwuj wątek
    • ivergon Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzonych 26.01.06, 15:25
      heheh MN nie chce odpowiedzieć:))) że to typowe niemieckie kures..two prawne ''Na tej samej zasadzie równie dobrze ofiarami polskich przesiedleń mogliby być esesmani obsługujący komory gazowe w Oświęcimiu i Treblince''

      ''Związek Wypędzonych szacuje liczbę ofiar wysiedleń na 15 milionów. Co ciekawe, sama przewodnicząca organizacji Erika Steinbach urodziła się w czasie wojny na Pomorzu Gdańskim, na ziemiach II Rzeczpospolitej, zagarniętych w 1939 roku przez III Rzeszę, w rodzinie podoficera wojsk okupacyjnych. Na początku 1945 roku uciekła stamtąd przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Mimo to uważa się za wypędzoną z niemieckiego Heimatu. Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzonych z 1953 roku. Na tej samej zasadzie równie dobrze ofiarami polskich przesiedleń mogliby być esesmani obsługujący komory gazowe w Oświęcimiu i Treblince.''
      • espritt Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon 26.01.06, 15:40
        Niemcy zawsze chytre i falszywe byly,amerykanie mogli zamiast na Japonie na
        nich bombke zrzucic.
      • bartoszcze Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon 27.01.06, 00:23
        Wypada dodać, że Erika jako dziecię mieszkała w domu, z którego wcześniej
        wypędzono Polaków.
        • Gość: Pit Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon IP: 150.254.85.* 27.01.06, 11:02
          bartoszcze napisał:

          > Wypada dodać, że Erika jako dziecię mieszkała w domu, z którego wcześniej
          > wypędzono Polaków.

          Ze względu na tych wypędzonych Polaków Eryka wstąpiła do związku wypędzonych.
          To taki jej wkład w pojednanie polsko-niemieckie.
          • tow.stalin Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon 27.01.06, 11:12
            Gość portalu: Pit napisał(a):

            > bartoszcze napisał:
            >
            > > Wypada dodać, że Erika jako dziecię mieszkała w domu, z którego wcześniej
            >
            > > wypędzono Polaków.
            >
            > Ze względu na tych wypędzonych Polaków Eryka wstąpiła do związku wypędzonych.
            > To taki jej wkład w pojednanie polsko-niemieckie.

            złodziej i oszust zawsze pozostanie złodziejem i oszustem, a erika i
            związek "wypędzonych"... no cóż, nie są tu wyjątkiem.
            • Gość: Pit Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon IP: 150.254.85.* 27.01.06, 11:15
              tow.stalin napisała:

              złodziej i oszust zawsze pozostanie złodziejem i oszustem, a erika i
              > związek "wypędzonych"... no cóż, nie są tu wyjątkiem.


              Ależ Koba,doprawdy jesteś niesprawiedliwy......
              • tow.stalin Re: Zezwala jej na to niemiecka ustawa o wypędzon 27.01.06, 11:23
                Gość portalu: Pit napisał(a):

                > tow.stalin napisała:
                >
                > złodziej i oszust zawsze pozostanie złodziejem i oszustem, a erika i
                > > związek "wypędzonych"... no cóż, nie są tu wyjątkiem.
                >
                >
                > Ależ Koba,doprawdy jesteś niesprawiedliwy......

                ufff, a już się bałem, że lobby "wypędzonych" zaraz mnie oskarży o to, że
                jestem homofobem :)
    • mathias_sammer Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 27.01.06, 12:05
      Co najmniej od 2lat jest wiadomo, ze E. Steinbach nie byla wypedzona. Wiedza o
      tym wszyscy zainteresowani tematem wypedzen zarono w Polsce jak i Niemczech.
      Dziwi wiec Twoje pytanie, ktore nie wnosi nic nowego do trwajacej dyskusji po
      ubu stronach Odry, a jest jedynie po raz setny raz kreowaniem zlej atmosfery
      wokol rozmow polsko-niemieckich. Chcialoybm raczej zapytac jaki masz cel w
      podburzaniu, bo aprawde historyczna specjalnie nie walczysz.

      M.S.
      • ivergon Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 27.01.06, 12:26
        mathias_sammer napisał:

        > Co najmniej od 2lat jest wiadomo, ze E. Steinbach nie byla wypedzona. Wiedza
        o
        > tym wszyscy zainteresowani tematem wypedzen zarono w Polsce jak i Niemczech.
        > Dziwi wiec Twoje pytanie[...]

        A nie dziwi Cię dlaczego E. Steinbach jest jeszcze przewodniczącą
        tzw. ZW skoro od 2 lat Niemcy odkryli tę amerykę:))))

        > ubu stronach Odry, a jest jedynie po raz setny raz kreowaniem zlej atmosfery
        > wokol rozmow polsko-niemieckich. Chcialoybm raczej zapytac jaki masz cel w
        > podburzaniu, bo aprawde historyczna specjalnie nie walczysz.

        Walczę z waszą obłudą i zakłamaniem, bo z Niemców to lubię
        tylko szczerych Niemców, abo raczej tę szczerość w owych:))))
        • mathias_sammer Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 27.01.06, 13:00
          Bo jest przewodniczaca organizacji prywatnej. Zaloz sobie wlasna firme i mozesz
          byc jej przewodniczacym, dyrektorem, prezesem, kim chcesz i jak dlugo chcesz.

          Mozesz byc nawet soba jesli zechcesz.


          M.S.
          • ivergon Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 27.01.06, 13:38
            mathias_sammer napisał:

            > Bo jest przewodniczaca organizacji prywatnej. Zaloz sobie wlasna firme i
            mozesz
            >
            > byc jej przewodniczacym, dyrektorem, prezesem, kim chcesz i jak dlugo
            chcesz.

            E.S została przew. Z. Wypedzonych w 1998 więc jej nie założyła:) mnie
            tam pasuje, że jest jej szefową, nie powiem dlaczego mi to pasuje
            bo i tak nie zrozumiesz:)))

            • espritt Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 29.01.06, 20:08
              Zwiazek wypedzonych skupia w swoich kregach sam
              element.Zlodzieji,kombinatorow,oszustow,element nazistwoski ktoremu udalo sie
              uciec od kary po wojnie.erika jest kwintesencja tej organizacji sama w sobie.
              • Gość: Ujek Kalfas Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: *.dip.t-dialin.net 30.01.06, 00:55
                esritt znowu wie wszystko lepiej !
                zapisz sie do ZBOWiDu, to moze zostaniesz przewodniczacym.
                W koncu granaty do piwnicy wrzucali twoi protoplasci (jak umacniali wladze
                ludowa na okupowanym przez siebie Slasku).
                Pyrsk !
                Ujek Kalfas
                • espritt Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 30.01.06, 15:09
                  Prawda boli?Cale to powiernictwo to oszustwo.Dzieci esesmanow stworzyly sobie
                  organizacje,zeby cos zarobic.W koncu nakradli tyle w Polsce ,wiernie sluzyli
                  rzeszy,idealy maja do dzis,trzeba jakos kombinowac jak nie silowo to
                  falszerstwami moze cos uszczkna.
    • Gość: eurofanatik Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 29.01.06, 22:17
      Podejrzewam, ze przypadek Steinbach nie jest odosobniony...
      • Gość: Wasz Marjanek Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: *.dip.t-dialin.net 30.01.06, 01:01
        Jak wynika z wywodow znawcow przedmiotu - pani Steinbach jest Polka (ten
        zyciorys mowi za siebie). Tak jak i prezydent Bundesrepubliki Horst Kühler (jak
        probowala kiedys udowodnic prasa polska).
        Ale proponuje tym, ktorzy ...wszystko co nie nasze, Polsce oddamy...., by
        zagladneli do swiadectw urodzenia, lub moze i dowodow osobistych swych ojcow (a
        moze i swoich). Zobacza, ze nie sa Polakami. Za ich miejscem urodzenia (Lwow,
        Wilno itp) polskie urzedy stanu cywilnego napisaly (ZSRR).
        A wiec wielu Gliwiczan, Wroclawian czy Bytomian - to Rosjanie !!
        Pyrsk !
        Wasz Marjanek
        • Gość: eurofanatik Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 30.01.06, 01:33
          Lwow i Wilno to Rosja? Hmmm...
          • Gość: Wasz Marjanek Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: *.dip.t-dialin.net 30.01.06, 01:59
            No nie. Teraz pisza wam w dokumentach osobistych ...miejsce urodzenia: Lwow
            (Ukraina), lub Wilno (Litwa) .
            Pyrsk !
            Wasz Marjanek
            • oberschlesier88 Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 04.02.06, 15:12
              Gość portalu: Wasz Marjanek napisał(a):

              > No nie. Teraz pisza wam w dokumentach osobistych ...miejsce urodzenia: Lwow
              > (Ukraina), lub Wilno (Litwa) .
              > Pyrsk !
              > Wasz Marjanek

              Ja, ja marjanku-baranku uo ciybie we zołtych dokumentach to pywnie naszkryflali
              ze ty cfiszen Gummiwandami rodzony jystś!!!



              Buahahahahahahahaha!!!


              Glueck Auf!!!
              Oberschlesier88
    • oberschlesier88 Zawod : "Wypedzona" 30.01.06, 01:52
      We Mniemcach to taka profesja "wypendzona/wypendzony" blizej koryta.




      WYSIEDLENIA Z GDYNI W 1939 ROKU

      Gdynia przed wybuchem II wojny światowej była jednym z nowocześniejszych w
      Europie portów handlowych, miała blisko 127 tys. mieszkańców. Okupanci bardzo
      szybko docenili jej walory morskie i zaczęli dostosowywać Gdynię do potrzeb
      zmilitaryzowanej gospodarki Rzeszy, przekształcając port handlowy w niemiecką
      bazę marynarki wojennej. Z rozkazu Hitlera 19 września 1939 r. wprowadzono
      niemiecką nazwę Gdyni - Gotenhafen (Port Gotów), co miało uzasadniać
      rozpoczynającą się akcję wysiedleń ludności polskiej, zamieszkującej rzekomo
      rdzennie germańskie tereny. Jeszcze przed wybuchem wojny w kierownictwie
      Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (NSDAP) zapadła decyzja o
      szybkim usunięciu polskiej ludności napływowej z pomorskiego "korytarza" do
      centralnej i wschodniej Polski i sprowadzeniu na jej miejsce Niemców. Z chwilą
      zajęcia Pomorza przystąpiono do akcji "oczyszczania korytarza", w której brały
      udział jednostki SS, policji, Wehrmachtu oraz złożone z miejscowych Niemców
      oddziały Selbstschutzu, które już znacznie wcześniej przygotowały listy
      proskrypcyjne; na ich podstawie przeprowadzano aresztowania.

      Wysiedlenia

      W początkowej fazie akcję wysiedlania Polaków z Gdyni prowadzono bardzo szybko i
      chaotycznie. Władzom III Rzeszy bardzo zależało na tym, aby nowo utworzoną bazę
      Kriegsmarine zamieszkiwali rodowici Niemcy, którzy dbaliby o rozwój tego ważnego
      dla gospodarki Rzeszy portu bałtyckiego. Podstawę prawną masowych wysiedleń
      ludności pozostającej w strefie okupacji niemieckiej dał dekret Hitlera z 7
      października 1939 r., którym posłużył się szef niemieckiej policji Reichsführer
      SS Heinrich Himmler, upoważniając 11 października 1939 r. policję i Służbę
      Bezpieczeństwa do rozpoczęcia wysiedleń ludności polskiej z Gdyni. Rozpoczęto je
      na wyraźne żądanie dowódcy wojskowego okręgu Gdańsk - Prusy Zachodnie gen.
      Hertza, zawarte w piśmie do komendanta Gotenhafen Schalla-Emnena z 29 września
      1939 r. Do kierowania akcją wysiedleńczą powołano terenowy sztab do spraw
      przesiedleńczych, na którego czele stanął SS-Standartenführer Henschl1 .

      Ściśle współpracował z nim działający przy wyższym dowódcy SS i policji sztab
      osiedleńczy, powołany w celu organizacji osiedlenia obywateli niemieckich z
      krajów nadbałtyckich, Besarabii i Rzeszy.

      Wysiedlenia w Gdyni na przełomie października i listopada 1939 r. określa się
      jako tzw. wysiedlenia dzikie, czyli takie, które są przeprowadzane z inicjatywy
      miejscowych władz i obejmują poszczególne osoby umieszczone na listach
      proskrypcyjnych. Wyznaczone osoby i ich rodziny zmuszano do opuszczania domów
      pod groźbą zesłania do obozu koncentracyjnego. Nakazy te dotyczyły przede
      wszystkim posiadaczy ziemskich, kupców i rzemieślników, których zakładami
      zainteresowani byli miejscowi Niemcy, jak również właścicieli dużych mieszkań
      położonych w prestiżowych dzielnicach miasta, przeznaczonych na biura i kwatery
      dla tworzonej administracji niemieckiej. Dopiero wysiedlenia prowadzone na
      początku 1940 r. można określić jako planowe, a zatem organizowane przez
      niemiecką Centralę Przesiedleńczą. Z akcji wysiedleńczej prowadzonej w 1939 r. z
      powodu braku wykwalifikowanych sił niemieckich wyłączono około 5 tys. polskich
      specjalistów z różnych dziedzin gospodarki, lekarzy i personel farmaceutyczny.
      Wraz z rodzinami uzyskiwali oni specjalne przepustki zezwalające na pozostanie w
      mieście.

      Pierwsze masowe "dzikie wysiedlenie" ludności Gdyni nastąpiło 12 października
      1939 r. i objęło mieszkańców dzielnicy Orłowo. O konieczności opuszczenia
      mieszkań informowały pisemne i podawane drogą radiową obwieszczenia prezydenta
      policji SS-Brigadenführera Christopha Diehma: "Ze względu na bezpieczeństwo
      nakazuję ewakuację ludności polskiej dzielnicy Orłowo z wyłączeniem Kolibek i
      Małego Kacka do czwartku 12 października 1939 r. o godzinie 9.00". Gdynię Orłowo
      opuściło w tym dniu około 4 tys. mieszkańców: 2,7 tys. dorosłych i 1,3 tys.
      dzieci. Wszystkich przejściowo zakwaterowano na peryferiach miasta w dzielnicach
      Grabówek, Chylonia, Witomino, oczekując na zorganizowanie przez administrację
      wojskową transportów kolejowych do Generalnego Gubernatorstwa. Kilka dni później
      ewakuowano dzielnicę Kack, a następnie Wzgórze Focha (obecnie Wzgórze św.
      Maksymiliana), ulicę Świętojańską, Grabówek, Witomino, Obłuże, Kamienną Górę. W
      raporcie operacyjnym sporządzonym po ewakuacji Orłowa zawarto informację, która
      miała duży wpływ na wysiedlanie pozostałych dzielnic miasta. Zauważono, że
      ciasnota i fatalne warunki higieniczne panujące w miejscach oczekiwania
      wysiedlonych na transport do GG powodują duże niebezpieczeństwo powstania i
      rozprzestrzenienia się szkarlatyny i tyfusu, co może ujemnie wpłynąć na
      planowany rozwój bazy marynarki wojennej i opóźnić repatriację Niemców bałtyckich.

      Dzikie wysiedlenia

      Akcja wysiedleńcza wymagała uporządkowania, dlatego 14 października 1939 r. Dwaj
      współpracownicy gauleitera Alberta Forstera - dr Wilhelm Löbsack i
      SS-Obersturmbannführer dr Sandenberg2 - opracowali kryteria oceny przynależności
      narodowej ludności Gdyni. Ich celem było wyłonienie spośród mieszkańców miasta
      uprzywilejowanej grupy folksdojczów, która miała uniknąć wysiedlenia. Uznano, że
      folksdojczem jest osoba, która przed wrześniem 1939 r. była członkiem
      niemieckiej organizacji w Polsce, lub też posługująca się językiem niemieckim
      jako ojczystym i wychowująca swoje dzieci w duchu niemieckim. Polaków
      zamieszkujących Gdynię podzielono na trzy grupy, nadając pojęciu "wysiedlenie"
      dwa znaczenia: "Aussiedlung" - czyli typowe wysiedlenie, i "Verdrängung" - czyli
      "wewnętrzne rugowanie", polegające na przesiedlaniu ludności wewnątrz tego
      samego okręgu, na peryferie miasta lub w jego okolice.

      Do pierwszej grupy ludności przeznaczonej do natychmiastowego wysiedlenia
      zaliczono Polaków, którzy przybyli do Gdyni po 1918 r., jak również inteligencję
      i działaczy politycznych, którzy uniknęli do tej pory represji. Do drugiej
      grupy, która miała zostać poddana "wewnętrznemu rugowaniu", zaliczono
      autochtoniczną polską ludność Pomorza mieszkającą w Gdyni, lecz urodzoną gdzie
      indziej. Ludzi tych miano przesiedlić na Kaszuby - do Kościerzyny, Kartuz i
      Wejherowa, jeśli tylko w tych miejscowościach mieszkali ich krewni. Trzecią
      grupę stanowiła pozostała ludność polska zamieszkująca Gdynię, w tym również
      rodowici jej mieszkańcy, którzy mieli być wysiedleni w momencie, gdy ich
      mieszkania będą potrzebne dla rodzin niemieckich przybywających do miasta. Dla
      zachowania pozorów praworządności wysiedleniom starano się nadać charakter
      dobrowolnej emigracji ludności. Na posterunkach policyjnych wydawano numerowane
      bilety kolejowe z zaznaczoną liczbą osób i miejscem docelowym. Podpis szefa
      policji na bilecie pełnił jednocześnie funkcję przepustki granicznej
      uprawniającej do powrotu w rodzinne strony matki bądź ojca.

      www.gotenhafen.one.pl/wysiedlenia.html

      Glueck Auf!!!
      Oberschlesier88
      • oberschlesier88 c.d 1 30.01.06, 01:55
        W mieście rozplakatowano ogłoszenia o obowiązku wysiedlenia, informację tę
        podawano również przez radio i megafony. Część mieszkańców Gdyni pobierała
        policyjne przepustki i pozostawiając cały swój dobytek, opuszczała miasto, część
        zaś na wiadomość o planowanym wysiedleniu danej dzielnicy, chcąc się przed tym
        uchronić, przenosiła się do innej. Aby powstrzymać ucieczki do innych dzielnic,
        władze niemieckie 24 października 1939 r. podały do wiadomości "ostatnie
        rozporządzenie" - "Niniejszym przypominam po raz ostatni, że ludność Polska
        powinna opuścić miasto Gotenhafen i sąsiednie miejscowości"3.

        Przebieg akcji wysiedleńczej

        Wysiedlenia przeprowadzano we wczesnych godzinach rannych. Brały w nich udział
        żandarmeria, oddziały policji ochronnej, Selbstschutzu, oddziały SA i SS. Domy,
        a nawet całe dzielnice objęte akcją, otaczane były przez kordony policji, która
        przy wyciu syren wkraczała do mieszkań i zmuszała wysiedlanych do ubrania się i
        spakowania niezbędnych rzeczy. Mieszkania pozostawiano otwarte; "klucze powinny
        zostać w drzwiach domów, mieszkań i pokojów. Ponowne wstąpienie do mieszkań po
        godzinie 9.00 uważa się jako akt sabotażu"4. W tym samym zarządzeniu prezydenta
        policji nr IX z 12 października 1939 r. w punkcie piątym podano, że "akty
        sabotażu i niedozwolone posiadania broni ukarze się śmiercią"5. Niemcy nie
        stosowali przemocy wobec wysiedlanych, jedynie krzykiem próbowali zastraszyć
        ludność. Waga bagażu, który pozwolono zabrać, nie mogła przekroczyć 25-30 kg na
        osobę dorosłą i 10 kg na dziecko. Początkowo zezwalano na zabranie 200 zł, potem
        kwotę tę ograniczono do 20 zł.

        Większość wysiedlanych pędzono pieszo do punktów zbornych urządzanych w
        kościołach, stodołach, halach, pod gołym niebem, np. przed cmentarzem na
        Witominie, gdzie oczekiwali na sformowanie transportu. W tych punktach zbornych
        miejscowi folksdojcze pozostający na usługach władzy okupacyjnej spisywali dane
        personalne i miejscowości, z których pochodzili wysiedleni. Niektórych już pod
        domami ładowano na samochody ciężarowe marki Opel Blitz, służące do przywozu
        żywności i uzbrojenia dla armii niemieckiej, i wywożono do GG. Ludność
        oczekującą w tzw. polskich gettach gromadzono przed dworcem kolejowym na peronie
        nr 5 od strony ul. Morskiej (wówczas Albert Forster Strasse) i po rewizji
        osobistej wywożono wagonami towarowymi w kierunku Częstochowy, Kielc, Siedlec i
        Lublina. Wykorzystywano najczęściej bydlęce lub towarowe wagony, które zamykano
        od zewnątrz, tylko niektórzy wywożeni byli wagonami osobowymi, tzw. bokówkami.
        Zeznania świadków nie dają jednoznacznej odpowiedzi, czy przed wywózką Niemcy
        rozdzielali kobiety i dzieci od mężczyzn, czy też nie. Wagony były najczęściej
        przeładowane i zanieczyszczone odchodami zwierząt bądź unoszącymi się w
        powietrzu kłębami sproszkowanego wapna. W każdym wagonie podróżowało około
        sześćdziesięciu osób. Na początku składu pociągów były dwa wagony osobowe,
        przeznaczone dla niemieckiej ochrony transportu, a każdy wagon towarowy z
        wysiedlonymi miał na końcu, przy buforach, budkę strażnika.

        Podróż najczęściej trwała od kilku do kilkunastu dni. Przyczyną tego były
        zerwane mosty lub całodzienne postoje na bocznicach i jazda wyłącznie nocą.
        Obowiązywał też nakaz przepuszczania niemieckich taborów dowożących żywność i
        uzbrojenie, dlatego pociągi z wysiedlanymi często jeździły okrężną drogą. W
        wagonach panowały okropne warunki sanitarne. Raz dziennie zezwalano na krótki
        postój. Za prowiant w czasie podróży musiały służyć zapasy zabrane z domu.
        Bardzo rzadko wysiedlani otrzymywali od niemieckich strażników głodowe racje
        czarnego chleba. Na trasach przejazdu miejscowa ludność próbowała dostarczać
        żywności wiezionym, jednak była skutecznie odstraszana strzałami z karabinów;
        czasami jedynie "kobiety z Czerwonego Krzyża dostarczały nam wodę i kawę zbożową
        do picia, a dla dzieci podawane było przypalone mleko"6. Największą udręką w
        podróży był brak wody. "Wodę do picia zdobywano z tendra parowozu w niewielkich
        ilościach, była ciepła i miała kolor brunatno-szary, z całą pewnością była
        szkodliwa dla zdrowia, gdyż zawierała sodafox, czyli środek chemiczny
        zapobiegający osadzaniu się kamienia w kotłach"7. Warunki podróży miały wpływ na
        choroby i śmiertelność podróżujących. Jeden z wysiedlonych zeznawał: "Sam
        widziałem, jak płacząca matka przekazywała dróżnikowi zmarłe dziecko, prosząc o
        jego pochowanie"8, inny zaś mówił: "Ludzie w trakcie transportu umierali, wtedy
        żołnierze niemieccy kazali wysiadać dorosłym i grzebać zmarłych. Ludzie kopali
        doły-groby, tym czym mieli. Były to łyżki, a moja mama dostała od jakiegoś
        żołnierza kawałek bagnetu"9.

        Ze strachu przed jazdą w nieznane niektórzy decydowali się na ucieczkę:
        "Pamiętam, że w nocy, gdy transport zatrzymał się przed zamkniętym semaforem
        gdzieś pomiędzy Tarnowskimi Górami i Częstochową, nagle usłyszeliśmy głośne
        krzyki Niemców "Halt" i polskie "uciekać" oraz strzały z karabinów. Po chwili
        ktoś od zewnątrz otworzył nasz wagon i krzyknął, żeby uciekać. Zaczęliśmy biec
        do pobliskiego lasu. Uciekało wiele osób, a w wagonach pozostali jedynie starzy
        i chorzy"10. W różny sposób postępowano z wysiedlonymi w miejscach docelowych -
        w Kielcach pozwolono im udać się tam, gdzie chcą, w Lublinie zajął się nimi
        Czerwony Krzyż, kwaterując ludzi w budynkach publicznych, w Częstochowie na
        miejscu przygotowano obóz przejściowy, w Radomiu umieszczono ich w kościele
        garnizonowym wypełnionym końmi, skąd następnego dnia gospodarze zabierali ich
        furmankami do swych domostw.
        Losy wysiedlonych mieszkańców Gdyni były różne. Niektórzy udawali się do swych
        rodzin mieszkających w GG, innych zmuszono do pracy u niemieckich gospodarzy lub
        wywieziono na roboty do Niemiec, część pracowała w kraju przy budowie mostów,
        umacnianiu fortyfikacji. Większość z nich nie potrafiła jednak odnaleźć się w
        nowej rzeczywistości, skazując siebie i swe rodziny na wegetację. Czekali na
        koniec wojny i możliwość powrotu do Gdyni. Z ankiet Polskiego Komitetu
        Opiekuńczego i miejskich komitetów opieki społecznej dowiadujemy się, że osoby
        wysiedlone z Gdyni zwracały się o darowanie im rzeczy pierwszej potrzeby. 26
        października 1939 r. Heinrich Himmler w wyniku nieporozumień z Albertem
        Forsterem w sprawie osiedlania w Gdyni Niemców bałtyckich zawiesił do odwołania
        wszelkie wysiedlenia ludności z ziem wcielonych do Rzeszy. Jednakże już 30
        października 1939 r. ukazało się rozporządzenie wykonawcze do dekretu Hitlera o
        ustanowieniu komisarza Rzeszy dla umacniania Niemczyzny. Rozpoczęło ono drugi
        etap wysiedlania ludności z terenów wcielonych do Rzeszy. Wysiedlenia z Gdyni na
        przełomie października i listopada 1939 r. objęły 40 proc. przedwojennego stanu
        mieszkańców miasta. Z "Dziennika Wojennego Dowództwa Wojskowego Gdańsk - Prusy
        Zachodnie" wynika, że wysiedlono wówczas 12 271 mieszkańców Gdyni, a dobrowolnie
        miasto opuściło około 38 tys. osób, co daje łączną liczbę 50 271 osób.
        Pozostałych w Gdyni rugowano z ich mieszkań i zmuszono do osiedlenia się na
        peryferiach miasta.

        Większość wysiedlonych gdynian wróciła do swego miasta najszybciej, jak to tylko
        było możliwe, podążając tuż za frontem radzieckim w kwietniu 1945 r.: "Wróciłam
        wraz z moją babcią i mamą do Gdyni do tego samego mieszkania, skąd nas
        wysiedlono w 1939 roku. Jednak mieszkanie było całkowicie zniszczone, nie miało
        ścian. Moja mama wyremontowała je na własny koszt". Nie wszyscy jednak znaleźli
        swoje dawne mieszkania: "Staraliśmy się powrócić do Gdyni, jednakże okazało się,
        że nasze mieszkanie zostało już zajęte przez jakąś polską rodzinę, nie
        czyniliśmy żadnych starań o odzyskanie tego mieszkania"11, "Po naszym miejscu
        zamieszkania w Gdyni nie było śladu, dom wyburzono, nie widzieliśmy przyszłości
        i warunków materialnych do zamieszkania w Gdyni, osiedliliśmy się na stałe w
        miejscu naszej zsyłki w Pabianicach"12.


        1 Brak jest imion gen. Hertza i płk. Henschla oraz imienia i stopnia wojsko
      • oberschlesier88 cd.2 Piaśnica 30.01.06, 02:00
        Piaśnica - fragment pochodzący z książki "Gdyńskie cmentarze, O twórcach miasta,
        portu i floty" autorstwa Wiesławy Kwiatkowskiej oraz Małgorzaty Sokołowskiej

        www.gotenhafen.one.pl/piasnica.html
        Pogrzeb ekshumowanych w Piaśnicy zwłok budowniczych Gdyni odbył się 26
        października 1946 r. Następnego dnia "Dziennik Bałtycki" relacjonował:
        "Wczorajszy poranek zastał Gdynię spowitą w żałobne barwy. Bodaj żadna jeszcze
        uroczystość nie była tu święcona z taką powagą i skupieniem, jak pogrzeb
        pomordowanych w Piaśnicy zakładników1. Przed ołtarzem polowym na Placu
        Grunwaldzkim stanęły szeregiem samochody z trumnami. Wokół ołtarza i na stokach
        Kamiennej Góry zgromadziły się delegacje i poczty sztandarowe związków, partii,
        wszystkich organizacji społecznych, gdyńskich instytucji, młodzieży szkolnej
        oraz tłumy publiczności, która, pomimo dnia pracy, przybyła pożegnać ofiary
        bestialskiego mordu. Na wzniesieniu przed ołtarzem zajęły miejsca rodziny
        pomordowanych oraz przedstawiciele władz miejscowych: prezydent Gdyni ob.
        Zakrzewski, kontradmirał Mohuczy, konsul Francji p. Deltour, przewodniczący MRN
        dr Teisseyre, wiceprezydentowie Modliński i Stolarek, przedstawiciele wojska,
        milicji, "Społem", sądownictwa i inni. Przy dźwiękach żałobnego marsza ks.
        dziekan Miszewski odprawia mszę. "W mogile ciemnej spij na wieki" - intonuje
        chór. Skupioną ciszę przerywa krótkie łkanie. To ktoś z rodzin ofiar
        piaśnickich. Fakt, że od śmierci najbliższych minęło już 7 lat, nie ma
        znaczenia. Ból okrutnego rozstania odzywa się z taką samą siłą. Msza skończona.
        Olbrzymi kondukt rusza powoli z placu. Po drodze dołączają się doń liczni
        przechodnie. Skwer Kościuszki, wylot 10 Lutego i cała Świętojańska są zatłoczone
        ludźmi. Z obu stron ulicy, z wszystkich okien i balkonów gdynianie żegnają
        zakładników, którzy oddali życie za ich bezpieczeństwo. Do konduktu przyłącza
        się Delegat Rządu inż. Kwiatkowski i dyr. Sokół, który w 1939 r. cudem uniknął
        losu chowanych dziś zakładników.

        Po półtoragodzinnym powolnym marszu kondukt dociera do redłowskiego cmentarza
        Obrońców Wybrzeża. Świeże groby czekają na tych cywilów, którzy zginęli śmiercią
        równą żołnierskiej. Słusznie wybrano im miejsce obok żołnierzy. Długo trwa,
        zanim ramiona rodaków zaniosą 332 trumny i ustawią je wzdłuż dwóch dużych,
        wspólnych mogił3. Z głuchym odgłosem opadają trumny na dno dołów. Milkną dźwięki
        żałobnego marsza. Nad otwartymi grobami przemawia w imieniu miasta
        przewodniczący MRN dr Teisseyre. Mówiąc o zbrodni piaśnickiej podkreśla
        znaczenie ofiary gdyńskich zakładników. "Oni mają swoją cząstkę w walce i
        zwycięstwie. Pamięć o nich na zawsze pozostanie w historii naszego miasta". W
        imieniu Polskiego Związku Zachodniego przemawia ob. Skwarek, dziękując obecnym
        za wzięcie udziału w pogrzebie. - Tym, których dziś chowamy, nie dane było
        ujrzeć polskich sztandarów nad ich mogiłą. Nie doczekali wyzwolenia. Ale ginęli
        z imieniem Polski na ustach. W Piaśnicy pozostały jeszcze setki takich samych
        ofiar bestialstwa hitlerowskiego. Wszyscy oni są symbolem walki o wolność. Cześć
        ich pamięci. Trzykrotna salwa karabinowa suchym trzaskiem rozdarła powietrze.
        Taki sam trzask karabinów był ostatnim ziemskim głosem, jaki słyszały ofiary
        Piaśnicy. Na świeże mogiły posypały się wieńce i wiązanki kwiatów. Polanka
        redłowska opustoszała. Odeszły delegacje, publiczność, rodziny. Oni, piaśniccy
        zakładnicy, pozostali. I pozostaną na zawsze na straży Gdyni, którą tak ukochali".

        Trzy dni przed pogrzebem na posiedzeniu Zarządu Miejskiego ustalono (protokół nr
        43/46 z 23 października 1946):
        "Zarząd Miejski po wysłuchaniu relacji ob. wiceprezydenta P. Stolarka w sprawie
        przeniesienia zwłok pomordowanych przez Niemców w Piaśnicy zakładników gdyńskich:

        1. że istnieje zamiar powstania specjalnego komitetu uczczenia ofiar
        hitleryzmu - gdynian
        2. że projektuje się wspólny pomnik - mauzoleum dla zakładników gdyńskich na
        cmentarzu w Redłowie
        3. że choć niektóre rodziny już same zabierają zwłoki, zamierza się wspólne
        pogrzebanie ich na jednym miejscu, wyróżnionym wspólnym pomnikiem
        4. że projektuje się zabrać tylko i przewieźć na cmentarz w Redłowie
        rozpoznanych, pozostawiając nierozpoznanych w Piaśnicy na miejscu
        5. że zachodzi wobec tego potrzeba zajęcia stanowiska przez Zarząd Miejski w
        tej sprawie uchwalił:
        * upoważnić ob. prezydenta P. Stolarka do wzięcia udziału w komitecie
        z ramienia Zarządu Miejskiego i załatwienia wszystkich, wynikłych z tego tytułu
        potrzeb
        * przeznaczyć potrzebne fundusze na część która przypadnie na Zarząd
        Miejski, według uznania wspomnianego komitetu.

        Podpisał: nacz. Wydz. Ogólnego L. Lazarowicz"

        Jeszcze w tym samym roku cała ta akcja została wstrzymana. W "Sprawozdaniu z
        powstania i działalności Komitetu Uczczenia Pamięci Poległych Obrońców Wybrzeża
        z lat 1939-1945" (na dokumencie brak daty) skierowanym do "Gdańskiego Urzędu
        Wojewódzkiego, Wydział Społeczno-Polityczny" napisano m.in.: "W październiku
        1946 r. na skutek odkrycia masowych grobów w Piaśnicy -powołano do życia sekcje
        mające zadania wykonawcze: finansową, organizacyjną, sanitarno-ekshumacyjną i
        kościelną. Od dnia 25 X 46 przystąpiono do akcji identyfikowania i przewożenia
        zwłok na cmentarz w Redłowie, budowany z funduszów Referatu Grobownictwa Zarządu
        Miejskiego w Gdyni. Wobec przewidzianej dużej ilości zwłok (ok. 1200) zawarto
        umowę z zakładem pogrzebowym A. Staniaszek i Ska w Gdyni, celem dostarczenia
        potrzebnej ilości trumien po cenie 900 zł za sztukę. /.../ Na pokrycie
        należności wypuszczono w listopadzie 1946 roku za zezwoleniem Zarządu Miejskiego
        cegiełki pamiątkowe po zł 50 i 100 na ogólną sumę 3.346.300 zł. Akcja składkowa
        i rozsprzedaży cegiełek nie dała przewidzianych wyników, ponieważ zbiegła się w
        czasie z wpłatami na Daninę Narodową, następnie na Pomoc Zimową i zbiórkami oraz
        Daniną na rzecz powodzian. Wstrzymano dalszą akcję ekshumacyjną i na zebraniu
        Zarządu Komitetu uchwalono zwrócić się do Zarządu Miejskiego m. Gdyni o
        przejęcie reszty niewykorzystanych trumien, jak również o pomoc w spłaceniu
        pozostałego długu, ze względu na to, że Referat Grobownictwa otrzymał fundusze
        na cele ekshumacyjne i urządzenie cmentarza wojennego".


        Glueck Auf!!!
        Oberschlesier88
      • oberschlesier88 c.d. 3 Piaśnica 30.01.06, 02:02
        Z protokółów tych wyłaniają się sprawy do dziś nie wyjaśnione.

        Zamierzano przenieść na cmentarz w Redłowie tylko gdynian i tylko tych, których
        zwłoki zostały rozpoznane - w tym celu zakupiono 1200 trumien. Przeniesiono 30
        zwłok rozpoznanych osób, wśród nich kilka pochodziło z Gdańska i Wejherowa.
        Nierozpoznane szczątki umieszczono w trumnie "NN" i także pochowano na cmentarzu
        w Redłowie, tworząc symboliczny grób dla wszystkich pomordowanych gdynian.
        Sprawą przeniesienia zwłok i "załatwienia wszystkich wynikłych z tego tytułu
        potrzeb" zająć się miał wiceprezydent Gdyni Piotr Stolarek. Tymczasem poza
        informacją, że kierowany przez niego komitet zwrócił się do Zarządu Miejskiego o
        przejęcie niewykorzystanych trumien i spłaty długów, brak innych śladów jego
        działalności. Z czego wynikały te rozbieżności między przyjętym programem a
        realizacją? Czy organizatorzy domyślali się, co potem nastąpi i starali się
        zrobić co mogli dla pamięci zabitych? Potem zaległa cisza. W tajemniczych
        okolicznościach przepadły przedmioty znalezione przy zwłokach, na podstawie
        których rodziny rozpoznawały swoich bliskich. Na cmentarzu redłowskim znikł grób
        oznaczony literami "NN" (przywrócono go w latach dziewięćdziesiątych).
        Inicjatorom wzniesienia pomnika zamordowanym w Piaśnicy jeden z dostojników
        prowincjonalnych w Gdańsku powiedział: "Nie będziemy budować pomników sanacyjnym
        służalcom"4.

        O zbrodni w Piaśnicy - pierwszym mordzie dokonanym na taką skalę5 w całej
        Europie - ukazały się jedynie dwie książki6 a i to wyłącznie dzięki zabiegom
        wejherowian7. Bo Gdynia była solą w oku zarówno Niemców, jak i komunistów.
        Powody niemieckiej nienawiści wyjaśnił Bolesław Kasprowicz, uczestnik ówczesnych
        zdarzeń. III Rzesza różnymi metodami próbowała nie dopuścić do budowy portu w
        Gdyni, w końcu wydała tzw. wojnę celną. "Wybuchła w 1925 roku, a jednym z
        posunięć, jakie zastosowała Rzesza było równoczesne wypowiedzenie narzuconej jej
        przez traktat wersalski tzw. konwencji genewskiej, zobowiązującej Niemcy do
        odbioru z obszarów przywróconych Polsce ustalonych kwot tranzytowych, w tym
        przede wszystkim węgla. Propaganda niemiecka zagrała w otwarte karty.
        "Frankfurten Allgemeine Zeitung" z 14 czerwca 1925 ogłosiło urbi et orbi: "Tak
        czy inaczej musi Polska wyjść z wojny celnej śmiertelnie ranna, a z jej krwią
        odpłyną jej siły, a wreszcie jej niepodległość" W świetle tego cynicznego
        wyznania czyn Kwiatkowskiego urasta do wielkiego historycznego zdarzenia, a jego
        dzieło - Gdynia - staje się zwycięskim kontruderzeniem już nie tylko w walce
        ekonomicznej i politycznej, lecz po prostu w walce o byt narodu we własnym
        państwie. Bez przesady można określić wybudowanie Gdyni jako zapory przeciwko
        próbom czwartego rozbioru Polski ze strony sąsiada zachodniego.

        Niestety, wielu ludzi pozornie zorientowanych w roli i dokonaniach
        Kwiatkowskiego nie zdawało i nie zdaje sobie sprawy z całej grozy sytuacji, jaką
        stworzyła wojna celna. Kwiatkowski był w pełni świadom, że jeżeli nie zażegna
        się kryzysu węglowego, rozwinie się on w kryzys państwowy, ten zaś w klęskę
        narodową"8. Gdy w 1939 r. Niemcy zdobyli Gdynię, pierwszą rzeczą jaką zrobili,
        było aresztowanie i zamordowanie (w Piaśnicy i obozach koncentracyjnych)
        budowniczych Gdyni. I wcale się nie kryli, że czynią tak z zemsty. Mścili się za
        to, że twórcy portu i miasta wykuli Polsce okno na świat i pokrzyżowali im
        plany. Komunistom zaś ten sukces nie pasował do ideologii, zgodnie z którą
        najgorszym wrogiem Polski przedwojennej był obóz sanacyjny Józefa Piłsudskiego.
        A właśnie ten obóz doprowadził do realizacji tej najważniejszej dla Polski
        inwestycji. Udział mieszkańców w uroczystości pogrzebowej pokazał, że dobrze o
        tym pamiętają. Postanowili zabić tę pamięć i napisać własną historię tego
        okresu. "Każdy dzień pozostawania u władzy tej awanturniczej bandy targowiczan -
        sanacji i sprzymierzonej z nią reakcji polskiej - wydawał nasz kraj, nasze
        ziemie zachodnie, naszą niepodległość pod kuratelę odwiecznych wrogów Polski,
        junkiersko-imperialistycznej kliki hitlerowskiej" - mówił w 1954 r. Jan Depak,
        przewodniczący gdyńskiej Rady Miejskiej. Grunt pod te słowa przygotował Edward
        Puacz w wydanej w 1947 r. książce "Kosynierzy Gdyńscy".

        Oto fragment: "W szeregach Kosynierów Gdyńskich uczucie [bezradności] łączyło
        się z pogardą dla wysoko usytuowanych dygnitarzy, którzy uciekając z Gdyni nie
        myśleli o obronie naszego morza, bo droższe było dla nich własne życie, aniżeli
        honor obrońców Polski nad Bałtykiem. Tego honoru wyrzekli się oni chętnie,
        pozostawiając bezbronny lud pomorski własnemu losowi". A pisał to wtedy, gdy
        przenoszono ciała "wysoko usytuowanych dygnitarzy" z Piaśnicy na cmentarz w
        Redłowie. Oszczerstwa te powtarzano potem przez prawie cały komunizm. Efekt?
        Budowniczowie Gdyni leżą na cmentarzu w Redłowie w kompletnym zapomnieniu.
        Oficjalne delegacje składają tu od czasu do czasu kwiaty, nieliczni pozostali
        członkowie ich rodzin przychodzą zapalić znicze i nie ma smutniejszego miejsca
        od tych opuszczonych mogił. Bo nawet we Wszystkich Świętych, gdy tłumy gdynian
        idą odwiedzać groby, ich omijają. Pamięć została zatarta i ludzie nie wiedzą, że
        przechodzą obojętnie obok swoich bohaterów. Nic także nie mówią napisy na ich
        grobach, tak są skąpe. No bo czego się można dowiedzieć z napisu: "Stanisław
        Łęgowski zakładnik". Jaki zakładnik, czyj? Pomijając fakt, że dyrektor Urzędu
        Morskiego nie został zamordowany jako zakładnik, lecz jako wróg III Rzeszy, to
        słowo nic już nikomu nie mówi. Zamordowani zostali 11 listopada, w Święto
        Niepodległości, celowo, aby bardziej bolało. I teraz, gdy znowu mamy to święto,
        powinno ono być ich dniem.

        www.gotenhafen.one.pl/piasnica.html
        Glueck Auf!!!
        Oberschlesier88
      • oberschlesier88 Zbrodnia w Piaśnicy 30.01.06, 02:04
        Krótka historia zbrodni (wypisy z "Piaśnicy" B. Bojarskiej).

        "Akcja internowania ludności polskiej rozpoczęła się, zwłaszcza w Gdyni,
        bezpośrednio po wkroczeniu wojsk Wehrmachtu. Przeprowadzali ją wówczas żołnierze
        oraz funkcjonariusze jednostek SS i policji. W Gdyni - mieście liczącym około
        120 tys. mieszkańców - internowano we wrześniu po kilka tysięcy osób dziennie. O
        liczbie internowanych informowały sprawozdania 16 oddziału operacyjnego policji
        bezpieczeństwa (Einsatzkommando 16) /.../ W sprawozdaniach tego oddziału z 15
        września 1939 r. podano, że w dniu tym internowano aż 4 tys. osób, a w
        sprawozdaniu z 16 września, że liczba ich wzrosła do około 7 tys. jeśli nie
        liczyć 4 tys. osób ujętych przez Wehrmacht, a więc w sumie wynosiła tego dnia 11
        tys. Internowania trwały do końca miesiąca. Po przebadaniu wszystkich - jak
        informowało jedno z ostatnich sprawozdań - zatrzymano 120 osób jako zakładników,
        poza tym 130 osób, których nazwiska znajdowały się w spisach gończych, oraz 2250
        osób ujętych ze względów zapobiegawczych. /.../ Tysiące internowanych w
        pierwszych dniach okupacji gdynian więziono najpierw w kościołach, salach
        kinowych, kawiarniach, wreszcie na otwartych placach, oświetlonych nocą
        reflektorami samochodów, strzeżonych przez kordon wojska i policji. Pracowników
        Komisariatu Rządu, autonomicznego urzędu miasta Gdyni, skupiającego władzę
        zarządu miejskiego i starostwa grodzkiego, którzy po wkroczeniu Niemców
        przebywali w schronie gmachu Komisariatu, wyprowadzono popychając kolbami i
        bagnetami najpierw na plac nad torami, gdzie znajdowało się już kilkuset
        internowanych. Po ograbieniu ich z bagaży i przedmiotów podręcznych doprowadzono
        wszystkich do kościoła Najświętszej Marii Panny przy ul. Świętojańskiej, a część
        z braku miejsca wpędzono na plac, otoczony karabinami maszynowymi i czołgami,
        gdzie przetrzymywano ich 3 doby bez pożywienia.

        Spośród kilkuset zakładników internowanych w kawiarni Fangrata przy Skwerze
        Kościuszki trzydziestu zwolniono w dniu 21 września z okazji wizyty Hitlera w
        Gdyni (na zaświadczeniu o zwolnieniu podkreślano właśnie te okazję).
        Pozostałych, po selekcji przeprowadzonej we wszystkich miejscach tymczasowego
        internowania, doprowadzono najpierw do gmachu Sądu Powiatowego przy Placu
        Konstytucji, stamtąd większość do obszernych zabudowań tzw. Etapu Emigracyjnego
        na Grabówku9 /.../ i dołączono do stuosobowej grupy zakładników zamkniętej na
        parterze i pozbawionej dostępu do innych aresztowanych. Niektórych przewieziono
        około 30 września do więzienia w Gdańsku przy ul. Strzeleckiej (wówczas
        Schiesstange), a po trzech tygodniach zgładzono w Piaśnicy. /.../ Inną drogę
        przeszli mieszkańcy dzielnicy Grabówek. Internowani w dniu zajęcia Gdyni,
        ustawieni w długim szeregu w pobliżu dworca byli przez kilka godzin gnębieni
        obelgami przez dozorujących Niemców, którzy zarzucali im udział w walkach
        kosynierów gdyńskich - ochotniczego oddziału obrońców Gdyni zorganizowanego
        właśnie na Grabówku. /.../ około godziny 14 wszystkich popędzono przez Witomino,
        Mały Kack, Sopot, Oliwę, Wrzeszcz do Gdańska. /.../ Następnego dnia większość
        internowanych skierowano na Westerplatte, gdzie zmuszono ich do uporządkowania
        pobojowiska, a po 12 dniach, tj. 27 września, uwięziono w koszarach w Nowym
        Porcie. Stamtąd rozesłano ich do prac rolnych, a po 4 tygodniach umieszczono w
        obozie koncentracyjnym w Stutthofie, w którym przebywała już grupa gdańszczan
        /.../ oraz innych, później aresztowanych mieszkańców Gdyni.

        Około 20 października 1939 r. rozpoczęła się ponowna akcja aresztowań. Objęto
        nimi nie tylko tych, którzy zostali zwolnieni po tymczasowym internowaniu we
        wrześniu, ale także wielu innych. /.../ Wzywano ich na ogół do siedziby gestapo
        na Kamiennej Górze, skąd po przesłuchaniu i pobiciu doprowadzano również do
        Etapu Emigracyjnego./.../ Niektórzy mieszkańcy Gdyni skorzystali z krótkiego
        okresu wolności po pierwszym aresztowaniu i opuścili miasto, aby przetrwać wojnę
        na innych terenach. Inni, niestety, nie przeczuwając zbrodniczych zamiarów
        Niemców, pozostali na miejscu, mimo że mieli szansę ucieczki. Charakterystyczna
        była postawa sędziego Władysława Kiedrowskiego, któremu pozwolono warunkowo
        opuścić miejsce uwięzienia, aby pożegnał się z rodziną przed zapowiedzianym
        wywiezieniem z Gdyni. Nakłaniany przez najbliższych do ucieczki, wyrzekł się jej
        stanowczo, bo zapewnił wachmana, że wróci. Pierwsza faza aresztowań na terenie
        Gdyni trwała do końca listopada". Szereg urzędników kolejowych po krótkim
        przetrzymaniu w areszcie policyjnym przy ul. Starowiejskiej wywieziono do
        więzienia wejherowskiego, a stamtąd do Piaśnicy. W drugiej połowie listopada
        zamordowano także w Piaśnicy ponad 20 gdyńskich funkcjonariuszy Polskiej Policji
        Państwowej, biorących udział w walkach obronnych o Gdynię, wziętych do niewoli
        19 września, następnie więzionych w Gdańsku i Pucku. /.../ Gdynia poniosła
        wielkie straty, wymordowano bowiem ludzi kierujących życiem publicznym,
        gospodarczym i kulturalnym, wyróżniających się doskonałym przygotowaniem
        zawodowym, zdolnościami, pracowitością".


        1 Tak wtedy uważano. Późniejsze badania wykazały, że zakładnicy, których
        zażądali wkraczający do miasta Niemcy, zostali po kilkunastodniowym
        przetrzymywaniu zwolnieni. Wielu z nich aresztowano ponownie we wrześniu,
        październiku i - razem z innymi gdynianami wyszukanymi w oparciu o wcześniej
        przygotowaną listę. - zamordowano w Piaśnicy.
        2 Według wszystkich innych źródeł trumien było 31.
        3 Rowy były wspólne, ale mogiły nad każdą trumną uformowano oddzielnie.
        4 T. Bolduan, Nie dali się złamać, Gdańsk 1996, s. 70
        5 Dokonana w 1946 r. ekshumacja pozwoliła przyjąć szacunkowo, że w Piaśnicy
        zamordowano ok. 14 tys. osób. Niemiecki historyk Dieter Schenk, opierając się na
        dokumentacji z archiwów niemieckich, potwierdził te dane w swojej ostatniej
        książce, wydanej w 2000 r.
        6 Poza tym są artykuły rozproszone w różnych publikacjach.
        7 Władysław K. Sasinowski, Piaśnica 1939-1944, Wejherowo 1956; nakładem
        Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiarom Piaśnicy w Wejherowie. Barbara
        Bojarska, Piaśnica. Miejsce martyrologii i pamięci, wyd. I, Wrocław 1978, wyd.
        II Gdańsk 1987, wyd. III Wejherowo 2001.
        8 Bolesław Kasprowicz, Twórca Gdyni Eugeniusz Kwiatkowski i jego ludzie,
        "Nautologia" 1979, s. 3.
        9 Bolesław Kasprowicz pisze w "Byłem juniorem", że gdy poszedł tam 9
        października, w dzień przed swoim wyjazdem z Gdyni: "Siedziała tam nieomal cała
        gdyńska inteligencja: sędziowie, prokuratorzy, bankowcy, pracownicy Urzędu
        Morskiego, Urzędu Celnego i wielu innych".


        www.gotenhafen.one.pl/piasnica.html
        Glueck Auf!!!
        Oberschlesier88
    • korfantydrugi Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna 04.02.06, 15:14
      Ja wiem dlaczego tak jest. Ballest jej to doradził.
      • Gość: Pit Re: na jakiej podstawie Erika Steinbach jest uzna IP: 150.254.85.* 04.02.06, 15:52
        korfantydrugi napisała:

        > Ja wiem dlaczego tak jest. Ballest jej to doradził.

        Nie dziwota "wypędzony", "wypędzonej" doradzał. Połączyła ich wspólnota
        cięzkiego losu, zgotowanego im przez goroli.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka