Dodaj do ulubionych

Bezpieczeństwo wspólną sprawą

16.11.02, 12:22
W nawiązaniu do niedawnego napadu kobietę na ulicy Wolskiego chciałbym sprawę
naszego wspólnego bezpieczeństwa przedstawić z nieco innej strony. Po tamtym
zdarzeniu posypały się gromy na policję, że nie potrafi zapewnić nam
bezpieczeństwa, ale mało kto zadał sobie trud obiektywnego spojrzenia na
sprawę i stwierdzenia, że policja nie jest w stanie tego dokonać bez
współpracy ze społeczeństwem, które się do tej współpracy wcale nie pali. Dla
mnie jest to oczywiste, że im ta współpraca jest gorsza, tym bardziej obniża
się poziom bezpieczeństwa, bo dla jego utrzymania potrzeba więcej
policjantów, których w normalnej sytuacji mogłyby zastąpić czujne oczy samych
obywateli. Niestety, dopóki będziemy tak jak biblijny Piłat umywać ręce i
stać na stanowisku, że to sama policja bez naszego udziału ma nam zapewnić
bezpieczeństwo, bo za to bierze pieniądze, dopóty sytuacja będzie taka jaka
jest.
Można jednak zacząć myśleć działać inaczej. Zamiast postawy roszczeniowej i
wyciągania ręki do państwa można wziąć sprawy we własne ręce w granicach, w
jakich pozwala na to prawo. Aktywni obywatele są o wiele cenniejszym (ale i
mogącym stawiać wymagania) partnerem dla policji niż wieczni malkontenci, od
których próżno oczekiwać jakiejś pomocy, czy współpracy, za to chętnie służą
krytyką, ale najczęściej jest to krytyka dla samej krytyki. Poniżej
zamieszczam kilka wyjątków z artykułu w zamieszczonego w
ostatniej „Polityce”. Wnioski proszę sobie wyciągnąć samemu.

„(...)W Olsztynie podczas epidemii porwań w 2000 r. policja początkowo
zlekceważyła sygnały. – Czuliśmy się całkiem bezbronni, wystawieni na cel –
wspomina jeden z miejscowych biznesmenów. Postanowili przełamać bierność i
stawić bandytom opór. Powołali organizację pod nazwą Stowarzyszenie na Rzecz
Bezpieczeństwa. – Skoro policja niewiele robiła dla poprawy bezpieczeństwa w
mieście, musieliśmy sami się za to zabrać – wyjaśniał reporterowi „Polityki”
kilka miesięcy temu Marek Kołakowski, kanclerz olsztyńskiej loży BCC, jeden z
założycieli Stowarzyszenia. Początkowo wstąpiło 60 osób, teraz liczba
członków dobija już do setki. Członkostwo przyjął także Wojciech Brochwicz,
radca prawny z Warszawy, wiceminister spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego
Buzka. Na początku lat 90. uczestniczył w szkoleniach w USA, gdzie zdobywał
wiedzę nie tylko z zakresu przeciwdziałania i zwalczania skutków kataklizmów,
ale też na temat kształtowania obywatelskiej aktywności. (...) –
Stowarzyszenie zajmuje się lobbingiem na rzecz bezpieczeństwa publicznego –
wyjaśnia. – Stworzyliśmy siłę nacisku na lokalne władze i organy ścigania –
dodaje inny działacz Stowarzyszenia. Początkowo lekceważeni, zaczęli odbywać
wycieczki do Warszawy. Wypraszali audiencje w MSWiA i Komendzie Głównej,
żalili się na małą skuteczność olsztyńskiego CBŚ. W efekcie odwołano
naczelnika tamtejszego oddziału Centralnego Biura Śledczego (toczy się
przeciwko niemu postępowanie pod zarzutem popełnienia karalnych błędów
zaniechania), a następca ostro zabrał się do pracy. Władze Stowarzyszenia
zaczęto zapraszać na narady do wojewody olsztyńskiego. Opinie biznesmenów
stały się znaczące dla prokuratury, policji i sądu.
Wojciech Brochwicz, który jest gorącym zwolennikiem idei samoobrony
obywatelskiej, uważa, iż olsztyński pomysł powinien być naśladowany w innych
miastach. – Tu nie chodzi o powielanie formuły jakiegoś nowego ORMO czy
patologicznych organizacji zakładanych w początkach lat 90. rzekomo
sponsorujących policję, a w gruncie rzeczy próbujących kupić sobie
bezkarność. Siła wpływu olsztyńskiego Stowarzyszenia polega na świadomości
lokalnych decydentów, że jest grupa obywateli, którym zależy na poczuciu
bezpieczeństwa i którzy patrzą władzy na ręce.
Kilka lat temu na jednym z warszawskich osiedli grupa mieszkańców stworzyła
sieć społecznej samoobrony przed bandami młodych chuliganów terroryzujących
lokalną społeczność. Na jej czele stanął taksówkarz Marek R., którego syn,
uczeń miejscowej szkoły, wielokrotnie był napadany i okradany. Ojciec wraz z
sąsiadami utworzył społeczne patrole. Dyżurowali na zmianę, podczas obchodów,
uzbrojeni w kije bejsbolowe, przeganiali młodocianych bandziorów, stali się
dla nich postrachem. – Wzięliśmy się sami za sprawy – tłumaczył Marek R. –
Policja nawet nam kibicowała. Jeden z funkcjonariuszy mówił: wy możecie robić
to, czego nam nie wolno.
Sąsiedzka inicjatywa okazała się skuteczna, na osiedlu zapanował spokój, ale
według Bogumiła Zawadzkiego, prezesa warszawskiego Stowarzyszenia na rzecz
Bezpieczeństwa Obywateli, stosowanie przemocy, aby zwalczyć przemoc, to też
wynaturzenie. – Przecież to może wymknąć się spod kontroli, przybrać postać
lokalnego Ku-Klux-Klanu. Obywatele nie mogą stosować samosądów.
Zawadzki jest zwolennikiem powstawania obywatelskich inicjatyw, które
wspierałyby działania policji, prokuratury i sądów. – Tym organom trzeba
uzmysłowić, że ktoś od nich oczekuje skuteczności, że społeczeństwo
monitoruje ich pracę.
W podwarszawskim Józefowie Paweł Moczydłowski, były szef więziennictwa,
założył Stowarzyszenie Bezpieczny Józefów. – Do łamania norm łatwiej dochodzi
w społeczności anonimowej – mówi. – Dlatego postawiliśmy na tworzenie więzi
sąsiedzkich. Wymieniają się informacjami, kiedy w okolicy pojawia się ktoś
nieznany i zachowujący się podejrzanie. Dzwonią wtedy na policję, domagają
się interwencji. – Dopingujemy policję do pracy – tak Paweł Moczydłowski
określa sposób działania grupy sąsiedzkiej z Józefowa. W każdej społeczności
musi być osoba, która potrafi namówić innych do wspólnych działań – lokalny
lider. Ktoś, kto potrafi przełamać niewiarę w skuteczność sąsiedzkiej
samoobrony. (...)”
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka